Podwiozłem chłopaka z Tokarni do Makowa Podhalańskiego. Wracałem z gór. Stał przy drodze i machał. Skończył właśnie pracę i jechał do domu. Normalnie szef go zabierał, ale dziś szef pojechał wcześniej. To krótki dystans. Rozmowa nie miała czasu się rozwinąć. Szkoda. On zaczął. Bez specjalnych wstępów rzucił pytanie:
– A pan na kogo będzie głosował? Ja się polityką w ogóle nie interesuję, ale to mnie ciekawi.
Od razu się okazało, że niespecjalnie tak naprawdę interesuje go moja odpowiedź. Zapytał, żeby wygłosić deklarację:
– Bo ja na …. [nie podam Państwu nazwiska tego kandydata, ciekawe, czy się domyślicie]. A wie pan dlaczego? - pyta. – Nie chodzi o poglądy. Ja się poglądami nie interesuję. Ja na niego patrzę i od razu widzę, kto to jest. Na niego wystarczy spojrzeć i od razu wiadomo, że to taki … [tu użył zdrobniałej formy wulgarnego określenia męskiego narządu płciowego na literę ch].
To mnie zaskoczyło, żeby nie powiedzieć, zdumiało. I mówię:
– Pierwszy raz się spotykam z tym, że ktoś decyduje się głosować na kandydata dlatego, że to taki … [tu użyłem zdrobniałej formy wulgarnego określenia męskiego narządu płciowego na literę ch]. Wydawało mi się, że jak po kimś widać, że to ...[ponownie użyłem zdrobniałej formy wulgarnego określenia męskiego narządu płciowego na literę ch], to właśnie się na niego nie głosuje.
– No właśnie nie. Właśnie się głosuje. A wie pan dlaczego? Bo to taki nasz chłopak. Bo on im wszystkim pokaże. Przepraszam, ale już muszę wysiadać.
Do końca drogi do domu myślałem o motywacjach ludzkich. O tym, jak wielu podejmuje decyzje na złość „tym wszystkim dziadom”. Z przekory. Żeby im pokazać.
Ale to nie będzie felieton o polityce, tylko o rozmowach z ludźmi, z którymi zwykle bardzo trudno jest wspólnie pogadać, bo tak bardzo jesteśmy, jak to się mówi teraz, z różnych baniek. Dlatego lubię wozić ludzi samochodem. Ogłaszam się na portalu, gdzie jadę i kiedy, i czekam na zgłoszenia.
W samochodzie raczej się nie pokłócimy. Jeszcze mi się nie zdarzyło. Pasażer, jakkolwiek odmienne może mieć poglądy, nie chce denerwować kierowcy, no i w ogóle jest grzeczny i wdzięczny za podwózkę. I mamy międzybańkową komunikację. Zwykle zaczyna się od standardowych pytań, kto kim jest, czyli czym się zajmuje na co dzień. Z reguły moje wyznanie, że pracuję w teatrze i piszę sztuki, budzi reakcję typu: „Ło Jezu! Ostatni raz byłem w teatrze ze szkołą! To jeszcze istnieje?” A potem jest różnie.
– To pewnie filmy też pan ogląda – mówi dwudziestoparolatek, którego podwożę nocą z Lublina do Katowic.
– A pan nie? – pytam, zerkając, czy nie żartuje.
– Nie.
– W ogóle?
– W ogóle.
– Książek też pan pewnie nie czyta.
– A skąd!
– To co pan robi w wolnym czasie?
– Idę na siłownię, albo pograć w kosza.
– Ale serio nie obejrzał pan nigdy ani jednego filmu?
– Filmiki w internecie się liczą?
– Nie.
– To nie. Nigdy.
– A jakie filmiki w internecie? - próbuję się czegoś chwycić. - Jakieś konkretne, czy co popadnie?
– Lubię Buddę.
– Jesteś buddystą?
– Kim?
– Interesujesz się buddyzmem?
– Czym?
– No skoro oglądasz o Buddzie?
– Nie o Buddzie, tylko Buddę. No taki koleś, Budda, youtuber.
Mieliśmy parę godzin tylko dla siebie, więc to trwało. Prezentuję Państwu skrót.
– To jaki film by pan polecił?
– Jeden?
– No.
– Jaki jeden film bym polecił komuś, kto nigdy nie obejrzał żadnego filmu, nie przeczytał żadnej książki i w ogóle nic z tych rzeczy?
– No.
Kosmiczna, niezapomniana rozmowa. Spotkanie światów. Nie zdradzę Państwu, jaki, po długim namyśle i wielu pomocniczych pytaniach, film poleciłem. Chodzi mi tylko o to, żebyście sobie Państwo wyobrazili to zadanie i spróbowali sami znaleźć odpowiedź. Jaki jeden, jedyny film polecić komuś, dla kogo to może być jedyny w życiu obejrzany film i w ogóle kontakt z tzw. kulturą. Dodam, że chłopak jest studentem. Studiuje leśnictwo. Jego ojciec jest leśnikiem i jego dziadek był leśnikiem. On sam ma dużą wiedzę o układach w leśnictwie i o gospodarce leśnej w Polsce i w innych krajach Unii Europejskiej, na których tle Polska pod tym względem prezentuje się świetnie. W zamian za polecenie filmu przekazał mi sporą dawkę praktycznej wiedzy z samego środka świata studentów leśnictwa.
Z Katowic do Bielska-Białej wiozę dziewczynę, która pracuje w dużej korporacji na Śląsku. Zainteresowała się moim pisaniem, bo sama musi pisać wiersze.
– Jak to pani musi?
– Bo widzi pan, jest taki trend w korpo, żeby pracownik się rozwijał duchowo, artystycznie. Jest wtedy szczęśliwszy, a więc atmosfera w zespole jest lepsza, a więc jest ogólnie efektywniej. Teatr też może być, ale bardziej impro.
– Improwizujecie teatralnie?
– Takie zajęcia z impro dobrze robią zespołowi. Jest zabawnie i ciekawie. W tę stronę idziemy.
– I rozliczają panią z pisania wierszy?
– Nie rozliczają, ale jest to dobrze widziane. Powinnam.
Z Warszawy do Pyrzowic wiozę byłą sportsmenkę, reprezentantkę Polski, nie napiszę w jakiej dziedzinie, żeby jej nie wsypać. Opowiada, jak miała wypadek podczas zawodów. Nie jakiś bardzo groźny, ale poważniejsza okazała się kontuzja psychiczna. Nabawiła się lęku. Lęk już jej nie opuszczał. Nie mogła dać z siebie tyle, co wcześniej, bo się cofała, bo czuła lęk. I wypadła ze sportu. Robi dziwne rzeczy, żeby utrzymać siebie i córkę. Jest pomocnicą influencerki. Generalnie tragedia, bo wszystko miało być inaczej, ale cóż, trzeba jakoś sobie radzić.
Ogłosiłem na portalu, że wyjeżdżam późno w nocy z Katowic do Warszawy. Zgłosiła się kobieta. Czekam, patrzę, idzie zjawiskowa blondynka, odprowadzana przez faceta, który ogląda mnie podejrzliwie. No ale zostawiamy go na katowickim rynku i mkniemy we dwoje w ciemną noc. Okazało się, że ona pisze. Pisze teksty piosenek. Pisze teksty piosenek różnym gwiazdom polskiej piosenki i którą stację radiową bym nie ustawił, to, jeśli jakiś czas poczekam, usłyszę piosenkę z jej tekstem. Rozwija się rozmowa o cieniach i blaskach życia w branży artystycznej. O nieustannych wyborach pomiędzy: „tworzę, co chcę” i „tworzę, co muszę”. O tym, że piosenka musi być o miłości, bo inaczej nikt jej nie kupi. I wreszcie rozmawiamy o Bogu, gdy okazuje się, że dziewczyna, która jest w samym środku polskiego świata popkultury muzycznej, autorka niezliczonych piosenek o erotycznej miłości, jest osobą bardzo religijną, patriotyczną i antyfeministyczną. - Nigdy w historii kobiety nie miały tak dobrze, jak teraz – mówi. Trochę się z nią spieram, ale gdy wjeżdżamy przed świtem do Warszawy, następuje przypływ tego niezdefiniowanego uczucia związanego z tym, że spotkaliśmy się na chwilę, poopowiadaliśmy sobie i koniec. Do niewidzenia nigdy więcej.
Z Pyrzowic do Warszawy wiozę parę bardzo młodych ludzi, którzy wracają z wakacji na Malcie. Pracują w branży finansowej. Mają mnóstwo pieniędzy, duże mieszkanie w zacisznym miejscu, w centrum Warszawy, służącą z Kamerunu. Są radośni, zadowoleni z życia. Oprócz nich jedzie z nami kierowca zawodowy, konwojent pojazdów wielkogabarytowych, który zostawił auto służbowe na parkingu, a ze mną zabiera się, jako pasażer, do domu. Okazuje się, że zna świetnie Maltę. Młodzi nie pamiętają nazw, kojarzą głównie wygląd plaży i zestaw drinków w barze. On im mówi, gdzie byli, jaka jest historia tych miejsc i jakie ciekawe muzea. Mówi, że dzięki swojej pracy, poznał Europę, pozwiedzał, co się dało, poczytał, podowiadywał się. Chętnie o tym opowiada.
Młody za to długo i z entuzjazmem opowiada, dzieli się mną doświadczeniem związanym ze spekulacją akcjami i innymi narzędziami rynku finansów. Mówi, że za chwilę to wszystko runie, więc trzeba korzystać. Mówi, i mówi. Ja już całkiem milknę. Nawet nie zadaję żadnych pomocniczych pytań. Włączył mu się motorek i opowiada, przekazuje, utwierdza się w swoim. A ona potwierdza jego utwierdzenie.
– Co za spotkanie! - myślę. Przecież nigdy nigdzie byśmy się nie spotkali w takim układzie tak, żeby chcieć ze sobą gadać. Może gdybyśmy wszyscy mogli się tak pospotykać i pogadać, rozwiałaby się jak dym cała ta nienawistna polaryzacja. Nie chodzi mi o to, że byśmy się poprzekonywali do swoich poglądów. Właśnie nie! Podczas wspólnej podróży nigdy nikt nikogo do niczego przy mnie nie przekonywał. Opowiadamy i słuchamy, i odpowiadamy, i słuchamy, i rozumiemy, albo nie, albo trochę rozumiemy.
Czy to autorka piosenek o wyglądzie modelki, czy reprezentantka Polski we frisby, którą wiozłem do domu w Bielsku-Białej, czy strażak jadący na szkolenie i nadający na imigrantów, czy konwojent niewymiarowych pojazdów, który dzięki swojej pracy, pozwiedzał wszystkie wielkie muzea europejskie i pamięta, co w którym jest, czy młody żołnierz, który służy na granicy polsko-białoruskiej i mówi, że to wszystko inaczej wygląda, niż mówią w telewizji, czy leśnik, czy ukraińska biznes-woman, czy kobieta, która właśnie wyszła z więzienia i z wielkim lękiem wraca do czekających na nią dzieci, to uczucie zawsze jest podobne. Nastąpiło spotkanie niemożliwe. Pomiędzyświatowe. Trwało tyle, co jazda przez noc. I koniec. Bye bye. Do niewidzenia!
A przepraszam, był jeden wspaniały wyjątek. Wtedy to ja zgłosiłem się na portalu, jako pasażer. Do Gniezna wiozła mnie dziewczyna, która zbiera zapachy do pudełek i prezentuje potem te zapachy, opowiadając o nich. Zgadaliśmy się potem. Napisała grant i zaprosiła mnie do teatralnego projektu dla seniorów, potem do drugiego. A więc regularna współpraca. Dzięki podwózce. Polecam!
No i wtedy, jak się pospotykamy w realu, i pogadamy, to może zmniejszy się ta potrzeba głosowania po to, żeby im wszystkim pokazać. Bo się okaże, że lepiej z nimi wszystkimi pogadać. Ot, takie życzeniowe myślenie.