Kimś więcej niż urzędnikiem. Kimś więcej niż dostarczycielem podstawy programowej. Kimś więcej niż trybikiem w biurokratycznej machinie. Był przewodnikiem, autorytetem, kimś, kto nie tylko uczył, ale i formował. Wchodził do klasy jak kapłan do świątyni – nie dla własnej chwały, ale by służyć.
Dziś?
Coraz częściej przypomina kasjera w supermarkecie wiedzy, zmuszonego do nabijania „paragonów” w postaci testów, ocen, raportów, sprawozdań. Misja ginie pod stertą tabel w Excelu. Powołanie tonie w zalewie dokumentacji. A nauczyciel – zamiast patrzeć dzieciom w oczy – patrzy w rubryki.
Nie ma się co dziwić, że młodzi ludzie nie chcą już iść do szkół. W Polsce, według ostatnich danych, średnia wieku nauczyciela przekroczyła 50 lat. W niektórych regionach brakuje specjalistów od matematyki czy fizyki, a wkrótce zabraknie też tych od języka polskiego. Podobny kryzys przechodziła Japonia w latach 90. – tam, kiedy zawód stracił prestiż i płace spadły, do szkół trafiały osoby przypadkowe, wypalone, bez pasji. W Stanach Zjednoczonych, w Kalifornii, jeszcze kilka lat temu z powodu braków kadrowych zatrudniano nauczycieli bez pełnych kwalifikacji. To nie jest więc problem wyłącznie Polski. To choroba cywilizacji, która zaczęła traktować edukację jak usługę, a nauczyciela jak dostawcę produktu. A przecież szkoła nie jest fabryką. Uczeń to nie klient, a wiedza to nie towar.1
I tu mówię szczerze – ja sam nie wszedłbym w ten świat, gdyby nie to, że jestem księdzem i uczę religii. Gdyby nie to, nigdy nie zdecydowałbym się na zawód, w którym więcej czasu spędza się na wypełnianiu dokumentów niż na rozmowie z uczniem. Na zawód, w którym rodzic ma więcej praw niż obowiązków, a nauczyciel – więcej obowiązków niż praw. Na zawód, w którym misja jest tylko pustym hasłem na sztandarach, a codzienność przypomina urzędniczy maraton.
I tak oto z roku na rok gaśnie etos. Zawód, który powinien być marzeniem – staje się rezerwą. Zawód, który był dumą – staje się synonimem frustracji, ale jeszcze nie wszystko stracone.
Historia uczy, że można inaczej. Finlandia zbudowała system, w którym nauczyciel jest elitą – nie tylko pod względem zarobków, ale i prestiżu. Tam nikt nie traktuje go jak urzędnika, nikt nie wymusza stosów papierów. Najważniejszy jest uczeń i jego rozwój.
Czy naprawdę nie możemy brać przykładu? Co więc zrobić, by ostatni dzwonek nie zabrzmiał w próżni? Nie trzeba rewolucji, wystarczy odrobina odwagi:
mniej papierów, więcej relacji,
mniej kontroli, więcej zaufania,
mniej egzaminów, więcej pytań,
mniej biurokracji, więcej człowieka.
Bo szkoła, jeśli ma mieć sens, musi być przestrzenią spotkania, a nie produkcji. Musi być miejscem, gdzie nauczyciel znów staje się przewodnikiem, a nie księgowym cudzych ambicji. Jeśli nie – obudzimy się za kilka lat w kraju bez nauczycieli. A kraj bez nauczycieli to kraj bez przyszłości.