Mecz Podbeskidzia z Sandecją przeszedł już do historii. Emocje powoli opadają. W sieci wciąż pojawiają się setki zdjęć, rolek i opowieści. Miałem okazję być tam, w samym środku wydarzeń, i wiem, że na długo to we mnie zostanie.
Ostatnie lata nie były dla TSP łatwe — i to pod każdym względem. Klub, po kolejnych spadkach, najpierw z Ekstraklasy, a potem z I ligi, borykał się z całym mnóstwem problemów. Właściwie prawie nic nie funkcjonowało tak, jak powinno, a klub coraz bardziej pogrążał się w chaosie. Kolejni prezesi nie dawali rady, kasa świeciła pustkami, a następni trenerzy kończyli swoją pracę spektakularnymi porażkami i nietrafionymi transferami. Zapowiadane sukcesy nie nadchodziły, a nad TSP coraz mocniej zbierały się czarne chmury.
Na ten awans pracowało wielu
Nie od dziś wiadomo, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą. Znam to doskonale, bo sam przeżyłem to na własnej skórze. Dlatego chcę choć na chwilę pochylić się nad sobotnim sukcesem, bo jestem przekonany, że trzeba i warto napisać o tych, którzy do tego sukcesu dołożyli swoją cegiełkę a właściwie bardzo dużo cegieł, zanim ustawi się długa kolejka po „ordery” za powrót do I ligi. Byli tacy, którzy wieszczyli już całkowity upadek klubu, i tacy, którzy zacierali ręce, bo od czasu, gdy jeszcze jako Ceramed, grający w Komorowicach, klub zaczął odnosić sukcesy i wspinać się coraz wyżej, nie potrafią znieść, że temu klubowi udało się zajść tak daleko.
Jakby tego było mało, w ostatnim czasie mniej lub bardziej świadomie nakręcano — również w mediach — kompletnie idiotyczną i pozbawioną sensu „miejską wojnę futbolową” między TSP a Rekordem. Po co i komu ma to służyć? Tego nie wiem, a może po prostu nie chcę wiedzieć. Wiem natomiast jedno: na pewno nie służy to lokalnej społeczności, która żyje piłką i ją kocha. A każdy klub i każdy chłopak kopiący w piłkę, obojętnie w jakich barwach zasługuje na uwagę.
Ale wracając do sedna. W całym tym trudnym okresie, a szczególnie w ostatnich dwóch latach, był jeden „zawodnik”, który nigdy nie zawiódł, nie zwątpił, nie uciekł i stał murem za TSP. Tym zawodnikiem był „Młyn” wraz ze swoimi kibicami — dla mnie najlepszy gracz ostatniego sezonu.
Młyn to cos więcej niż kibicowanie, to stan umysłu
To był jeden z powodów, dla których bardzo chciałem oglądać mecz z Sandecją właśnie z „Młyna”. Jestem przekonany, że to właśnie tam bije serce tego klubu. Kochamy zawodników i trenerów, zwłaszcza wtedy, gdy odnoszą sukcesy i wygrywają. To oni piszą historię TSP — i swoją własną. Ale serce klubu, a także jego sens istnienia i siłę, stanowią kibice. I nie ci, którzy pojawiają się od czasu do czasu, ale tacy jak ci z Bielskiej Twierdzy.
O ruchu kibicowskim napisano już wiele, często niezbyt przychylnie. Naszej ekipie także nieraz się obrywało i nadal, kiedy tylko pojawia się pretekst, ktoś próbuje im dokładać. Prawda jest jednak taka, że bez „Młyna”, bez ich dopingu i oprawy, mecze byłyby znacznie uboższe — pozbawione tego wszystkiego, co czyni je prawdziwym widowiskiem. Ci, którzy nie mieli okazji tego doświadczyć od środka, zobaczyć, dotknąć i poczuć, będą powielać często nieprawdziwe opinie i sądy.
Prawda jest taka, że sport bez dopingu, kibiców i emocji traci sens. Świecące pustkami stadiony, to przygnebiający widok i smutny. Sobotnie 10. tys. widzów i kapitalny doping, po raz kolejny pokazały i udowodniły jaką siłą TSP są kibice i jaką bezcenną wartością jest sama marka Podbeskidzie, której nie udało się niektórym zniszczyć, mimo ciągłych starań. Siedzę więc wygodnie w fotelu, oglądam jeszcze raz zdjęcia, czytam opinie, a w głowie wciąż dudni mi okrzyk wyniesiony z sobotniego meczu, prosto ze środka „Młyna”: Podbeskidzie, Podbeskidzie, Podbeskidzie!




