Niedawno były zapisane w kalendarzu moje imieniny. Zawsze miałem z tym problem, ponieważ zgodnie z tradycją katolicką – imieniny to wspomnienie patrona. Jednak w tłumie wyniesionych na ołtarze nie znajdowałem żadnego imiennika. Poszukiwałem jakiegoś substytutu słynnego Miłosza. Natrafiłem na Miłosza Oblicia serbskiego szlachcica, który po przegranej bitwie na Kosowym Polu w podstępny sposób zasztyletował osmańskiego sułtana i stał się bohaterem narodowym, zaraz potem Turcy obcięli mu głowę. Na jego cześć jest w Belgradzie klub piłkarski FK Obilić, a na górze Athos w serbskim monastyrze znajduje się ikona przedstawiająca Miłosza jako świętego rycerza.
W starożytności wokół imienia była budowana tożsamość człowieka, imię determinowało powołanie, przeznaczenie. Z pespektywy wieków można zauważyć, że znaczenie imion bardzo się zmieniło. Najczęściej jest odwołaniem do znanej postaci lub do szacownego przodka z pragnieniem, aby jego pozytywne cechy pojawiły się w życiu naszych pociech. Przede wszystkim ma się podobać i wpisywać w modowe trendy.
Zastanawiałem się nad własnym imieniem, ale już nie od strony etymologicznej, ponieważ imię to nie tylko brzmienie. Zaczęło mnie nurtować pytanie: z jakich słów i określeń zbudowana moja najskrytsza tożsamość? Imię bowiem nadawane jest nam przez najbliższych, to otoczenie nas opisuje, wpływa na nasze spostrzeganie siebie. Rodzina, szkoła, grono rówieśnicze, znajomi, środowisko potrafią nadać ton naszej wizji siebie. Możliwe, że usłyszeliśmy w życiu dużo złych, raniących słów, które wrosły w nas i dyktują nam nieprawdziwy obraz siebie. W wyznaniach obserwowanej przeze mnie blogerki natrafiłem na bardzo osobiste wyznanie: „w podstawówce miałam zeszyt w całości zapisany jednym zdaniem: „Jestem nikim”. Z tysiąca powodów dokładnie tak się czułam”.
W oglądanym serialu „Niebo. Rok w piekle” o działającej w Polsce początkiem lat 90-tych sekcie religijnej jedną z technik indoktrynacji było odebranie imienia i nadanie nowego abstrakcyjnego np.: „Anioł Rowerowy”, „Płonąca Sałatka”, „Klucz Francuski”, „I Śrubokręt Nie Pomoże”, „Trójkątyzacja Kota”, „Autobusem Przez Miasto”. Dehumanizujące określenia niszczące osobowość, odbierające godność, miały na celu stworzyć pozbawionego indywidualności zlanego z grupą zombie. Najmocniej zapisała się w mojej głowie scena, gdy jedna z bohaterek w przypływie zdrowego rozsądku, po imieniu zwraca się do męża, namawiając go, aby opuścili sektę, wtedy on stanowczo odpowiada: nie mów do mnie Mirek, teraz mam na imię „Kukuryku”.
Zupełnie inną metamorfozę obserwowałem w poleconym niezależnym, krótkometrażowym dziele „Cyrk motyli”. Bohaterem filmu jest Will, mężczyzna bez kończyn, poruszający się głównie w oparciu o korpus. W czasie wielkiego kryzysu obwożony jest po Stanach jako dziwadło wraz z babą z brodą i innymi wybrykami natury. W zapowiedziach przed występami przedstawiany jest jako człowiek przeklęty, który „zraził do siebie nawet Boga”. Will bezwiednie przyjmuję tożsamość narzuconą przez okrutną publiczność oraz toksyczną trupę. Odgrywa rolę cyrkowego monstrum, aż do chwili pojawienia się pana Mendeza – dyrektora konkurencyjnej areny. Nowy szef pomaga Willowi przejść proces wewnętrznej przemiany. Przestaje być osobą, którą gardzi sama sobą, odkrywa swoją wyjątkowość, pomimo ewidentnej i ciągle obecnej ułomności. Człowiek przeklęty od urodzenia staje się źródłem inspiracji dla innych.
Autentyzmu wspomnianej produkcji nadaje zaangażowanie do roli Willa: Nicka Vujicica, który w realnym życiu od urodzenia pozbawiony jest rąk i nóg. Vujicic pomimo wrodzonej wady tetra-amelia, jest człowiekiem pełnym pozytywnej energii, rozchwytywanym mówcą motywacyjnym, który może wprawić w konsternacje niejednego sprawnego posiadacza wszystkich kończyn.




