Zegar dopiero co pokazał szesnastą, a za oknem panuje już taka czarneńka (żeby pójść za ludowymi, poleskimi pieśniami), smołowata czeluść, że człowiek ma ochotę macać ściany po omacku i nasłuchiwać, czy spod podłogi nie dochodzi akurat jakiś pomruk apokalipsy, choćby takiej niewielkiej, takiej na już, doraźnej. Jeszcze moment temu piliśmy kawę w blasku wczesnojesiennego słońca, a popołudnie całe długie było wciąż przed nami, a tu nagle – ciach, z góry spada czarny worek na śmieci, ktoś zakręca kurki z fotonami i zostajemy sam na sam z listopadową… nocą i pluchą… O szesnastej!
O tej godzinie normalni ludzie dopiero kończą przekładać papiery na biurku, a tu już zmrok… Zresztą, po co nam te nowoczesne żarówki, po co te wszystkie LED-owe taśmy migające barwą chłodnego biurowca, skoro natura i tak robi z nami to, na co ma ochotę. A ma ochotę na gęsty, dławiący mrok, w którym najchętniej ożywają wszystkie duchy, z którymi w ciągu dnia tak dzielnie negocjowaliśmy.
W taką pogodę nie trzeba nawet specjalnie uruchamiać wyobraźni, żeby poczuć, jak w powietrzu gęstnieje coś, co Aleksander Gierymski malował z taką czułą, bezwzględną pasją. Boże, jak on kochał tę noc! Nie tę wystawną, salonową noc z pałacowymi żyrandolami, tylko tę prawdziwą, brudną, przesiąkniętą mgłą, paryską noc, gdzieś pod operą czy nad brzegiem Sekwany, gdzieś na mokrym bruku, gdzieś pomiędzy nią a nim.
Gierymski brał pędzel maczany w czerni, kobalcie i ugrowym brudzie, nakładał plamę światła z pojedynczej, żałośnie drżącej latarni i nagle z tej ciemności wyłaniały się sylwetki ludzi, którzy wyglądali jak duchy własnych spraw. I dokładnie tak samo mam ja, kiedy o czwartej po południu gaśnie w moim domu światło, to słoneczne... W tym mroku natychmiast budzą się duchy. I wcale nie mówię o jakichś tam białych prześcieradłach brzęczących łańcuchami na strychu – na to jestem za cyniczna. Budzą się duchy, które są ze mną i we mnie od zawsze.
Mgła pomalutku, po cichutku wypełnia cały mój świat, otacza dom, oddziela mnie od sąsiadów, oddziela o wszystkiego, co nie moje.
Mówię o duchach naszych własnych niewypowiedzianych słów, niezrealizowanych ambicji, porzuconych w pędzie dnia spraw i tych wszystkich cholernych romansów z przeszłości, które o szesnastej trzydzieści przychodzą na herbatę bez zaproszenia. Siedzą w kąciku pokoju, tam gdzie cień rzuca stojąca lampa, patrzą z wyrzutem: „No i co?”
Gierymski wiedział doskonale, że człowiek w nocy wygląda zupełnie inaczej. Traci te swoje dzienne pancerze, garnitury, wyprostowane plecy i maski sukcesu. W świetle latarni Gierymskiego widać tylko tajemnicze profile, odbicia w ciemnej wodzie i to dziwne zawieszenie między tym, co było, a tym, co nas za chwilę pochłonie, miedzy nim a mną.
Wieczorna, nocna mgła ma ogromną siłę wpychania nas w głąb samych siebie, bez możliwości i prawa spojrzenia gdzieś w dal, przed siebie, daleko od siebie. Wychodzę w taką noc do ogrodu, znam go przecież doskonale, znam każdy wystający kamień i za długą, nieprzyciętą w porę gałąź, każdy dźwięk, który może się niechciany wydobyć to z kosza na śmieci, to z domku gospodarczego sąsiada, to z odległego wzniesienia, gdzie czasem coś zawyje i zapiszczy. Znam, a mimo to, patrzę jakby w nieznane, spodziewam się innego układu drzew, innego miejsca dla studni ławka ogrodowa pod orzechem nie wiadomo czy stoi nadal tam, gdzie ją postawiłam. Mgła przechyla rzeczywistość, można wyjść do swojego ogrodu i przeżyć coś ze snu.
Gierymski nauczył mnie zachwycać się tą niewyraźną ciemnością, tymi rozmytymi konturami, tą niedokładnością szczegółu, tą zawężoną perspektywą tak, że dech zapiera.
Te mgliste wieczory i noce zaczęły się wczoraj. Wieczór na cmentarzu. Zaczęłam pisać. Napisałam do redaktora, że dokończę później, że teraz jestem ze swoimi zmarłymi. Delikatna mgła kładła się na nagrobkach, rozmywała ostre granice pomiędzy życiem a śmiercią, granice, których nie ma, no bo jak?
Przypomina mi się „Opera paryska w nocy” (uwielbiam Gierymskiego, syna i ojca też). Tłum ludzi, a każdy jest w tej nocy zanurzony sam, zanurzony osobno. On w prawo, ona w lewo, ciemność sprawia, że wszystko jest dyskretne, prywatne. Latarnie, choć już wtedy w Paryżu elektryczne, nie mają jeszcze mocy, żeby zjeść całą tę nocną intymność miasta.
Uwielbiam obraz "Plac Wittelsbachów w Monachium w nocy", kolejny nokturn nad nokturnami! Ileż marzeń, rozczarowań, ekscytacji i wspomnień? Ileż perfum i słów połkniętych, zanim wydostały się na zewnątrz? Ten obraz jest cichuteńki, nie ma tamtej nocy w Monachium hałasów, są tylko westchnienia i szepty…
Ale wracam pod Luwr. Nocą. Paryża jakby nie ma, jest tylko ona, elegancka, z parasolką, miasto przestało istnieć, nawet Luwr wydaje się być bez znaczenia, niechcący mijany, choć wołający o uwagę, W ogóle go nie widzę, nie widzi go też ona. Co ma w głowie? Właściwie w ogóle mnie to nie zajmuje, zawsze zajmuje mnie za to serce. Co ma w sercu?
Mglista, szara noc… zachwycająca, bez trudu dająca się wypełnić wszystkim, co leży na dnie duszy, wszystkim co teraz rozlewa się dookoła i pozwala wzdychać.
Gierymski przyszedł mi dzisiaj do głowy na cmentarzu. Moja babcia lubiła kapelusze, była paradna i nigdy nie była w Paryżu. Rozejrzałam się, wokół w tej wieczornej mgle dwa tylko kapelusze, świat jest dziś mało paradny.
Lubię te obrazy Gierymskiego, bo dzisiaj nie ma takich nocy. Jest za dużo światła, które nigdy nie gaśnie. Może my się boimy tych mglistych, ciemnych nocy? Może nie chcemy spotkań ze sobą? Może nie wiemy, co z taką nocą zrobić?




