W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie w ramach naszej strony internetowej korzystamy z plików cookies. Pliki cookies umożliwiają nam zapewnienie prawidłowego działania naszej strony internetowej oraz realizację podstawowych jej funkcji.

Te cookies są niezbędne do funkcjonowania naszej strony i nie może być wyłączony w naszych systemach. Możesz zmienić ustawienia tak, aby je zablokować, jednak strona nie będzie wtedy funkcjonowała prawidłowo
Te cookies pozwalają nam mierzyć ilość wizyt i zbierać informacje o źródłach ruchu, dzięki czemu możemy poprawić działanie naszej strony. Pomagają nam też dowiedzieć się, które strony są najbardziej popularne lub jak odwiedzający poruszają się po naszej witrynie. Jeśli zablokujesz ten rodzaj cookies nie będziemy mogli zbierać informacji o korzystaniu z witryny oraz nie będziemy w stanie monitorować jej wydajności.
Te cookies służą do tego, aby wiadomości reklamowe były bardziej trafne oraz dostosowane do Twoich preferencji. Zapobiegają też ponownemu pojawianiu się tych samych reklam. Reklamy te służą wyłącznie do informowania o prowadzonych działaniach. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej polityce prywatności.
BBlogosfera

Dziecko z marchewką w rączce

Dziecko z marchewką w rączce

Człowiek to istota stworzona do spektakularnych paradoksów. Najpierw budujemy fabryki czekolady o wydajności średniej wielkości elektrowni atomowej, faszerujemy nią każdą drogę ewakuacyjną w markecie, a potem z kamienną twarzą tworzymy Narodową Strategię Redukcji Otyłości. I żeby była jasność – two – rzy - my, a nie prędko stworzyliśmy.
 To trochę tak, jakbyśmy zapraszali sąsiada na niezapowiedzianą imprezę pirotechniczną w składzie fajerwerków, a pożar gasili za pomocą konewki z łzami wzruszenia. Uwielbiamy tę naszą narodową, ale chyba w ogóle europejską, a już w ogóle światową grę w ciuciubabkę z rzeczywistością. Najpierw z zachwytem godnym odkrywców Nowego Świata zasypujemy rynek przetworzoną tekturą o smaku bekonu, wprowadzamy do szkół automaty z gazowanymi eliksirami o barwie płynnego uranu, a po pierwszym dzwonku zanosimy się spazmatycznym płaczem, że młodzież nam jakoś dziwnie ciężko oddycha na lekcjach wuefu. Rząd w lewej kieszeni nosi grubą premię od koncernów produkujących chemiczne batony, a w prawej dzierży dumnie sztandar z napisem: „Jedzmy warzywa, bo ojczyzna wzywa”. 

A propos smaku – to w ogóle osobna, ponura komedia. Dzisiaj wszystko jest przecież o smaku czegoś. Nie uczymy dzieci, jak naprawdę smakuje soczysta mandarynka dopiero co obrana ze skórki – dajemy im jaskrawo pomarańczową oranżadę o smaku mandarynki. Ona koło prawdziwej mandarynki nawet nie stała na półce w hurtowni! Jest syntetycznym ulepkiem wymyślonym w laboratorium pod -  tu, wedle uznania, można sobie wpisać jakieś miasto. Bekon? Zapomnijcie. Dzisiejszy siedmiolatek w życiu nie widział na oczy prawdziwego plastra bekonu na patelni, ale z zamkniętymi oczami rozpozna zapach wędzonki, bo zna go z foliowej torebki z chipsami. Wszechświat zredukowaliśmy do aromatów identycznych z naturalnymi. Wanilia to biały proszek z torebki za trzy pięćdziesiąt, a truskawka to czerwony barwnik w jogurcie, w którym prawdziwy owoc jest czymś tak egzotycznym jak uczciwość w polityce. Wszystko jest udawane, syntetyczne i w sprayu. 

Ale po co sięgać do prawdziwego jedzenia czy prawdziwego świata, skoro mamy pod ręką coś o wiele bardziej pociągającego? Oto wjeżdża ona – nowoczesność w wersji deweloperskiej. Kupujemy siedmiolatkowi smartfon lżejszy od piórka, ale ciężki od powiadomień, tablet z ekranem tak jasnym, że widać go z orbity okołoziemskiej oraz smartwatch, żeby szanowny trzylatek mógł w przerwie między klockami skontrolować fazy swojego snu i poziom stresu po porannej owsiance (świadomie pompuję temat).  Pakujemy w te małe, bezbronne rączki całą cyfrową apokalipsę, zakładamy na uszy słuchawki z redukcją szumów rzeczywistości, a potem – i to jest ten moment, w którym nawet cynik roni łzę – stajemy w przedpokoju z głową w dłoniach i pytamy z głębokim, filozoficznym zdumieniem: „Dlaczego to dziecko z nami nie rozmawia? Przecież ono żyje w tym samym mieszkaniu!” No żyje. Tyle że fizycznie. Psychicznie rezyduje gdzieś w okolicach trzeciego serwera w chmurze, między TikTokiem a algorytmem generującym memy o kotach. 

Wrzucamy w przestrzeń publiczną gadżeciarską lawinę, która mogłaby zasilić małą armię najemników, zapraszamy do domów sztuczną inteligencję, która lepiej zna preferencje kulinarne naszego syna niż jego własna matka, a potem urządzamy debaty narodowe pod hasłem: „Kto nam ukradł dzieciństwo?” Nikt nam nie ukradł. Sami je wynieśliśmy na śmietnik historii, starannie zapakowane w ekologiczny kartonik z logo nadgryzionego jabłka. 

W tym naszym szalonym wyścigu szczurów, ale i szczurków, fundujemy ośmiolatkowi grafik godny prezesa korporacji energetycznej. W poniedziałek ma chiński mandaryn, we wtorek garncarstwo artystyczne, w środę robotykę kwantową, a w czwartek kurs przetrwania w dżungli miejskiej. A potem dziwimy się, że jedyna osoba, która wie, co drzemie w duszy naszego pierworodnego, to instruktor kickboxingu albo pani od terapii zajęciowej, bo to oni spędzają z nim te rzadkie czterdzieści pięć minut, kiedy nie musi biec na lekcję gry na harfie celtyckiej (świadomie pompuję).

No a w szkole miało być lepiej! Jakiś czas temu wpadliśmy w istny szał metod aktywizujących. Cały czas pobudzania, cały czas porywania do lotu, ciągłego skakania, tańczenia i prowokacji, żeby nam się człowiek na lekcji przypadkiem nie znużył. Zrobiliśmy z edukacji park rozrywki połączony z poligonem eksperymentalnym, skutecznie pozbawiając dzieci najważniejszej umiejętności w dziejach ludzkości: zdolności słuchania. 

Dzisiaj opowiadamy sobie o modnym „storytellingu”, kompletnie zapominając, że najpierw zabiliśmy ten storytelling trzysekundowymi, dynamicznymi bodźcami z internetu, które robią z mózgu purée. Zabiliśmy ciszę, zabiliśmy wolną refleksję, zabiliśmy w nas samych jakikolwiek nawyk zadumy. Ma być głośno, ma być pstrokato, ma być do przodu i w trybie natychmiastowym. Życie stało się rozciągniętym na całą dobę, bezsensownym teledyskiem z dawno już nieistniejącej stacji MTV, gdzie reżyser dostał padaczki od własnych teledysków, a montażysta zapomniał, że istnieje coś takiego jak kropka po zdaniu. 

Może więc pora na małą, albo jednak ogromną, cywilizacyjną stopklatkę. Opamiętajmy się, póki jeszcze w tym cyfrowym szumie słyszymy własne myśli. Bo najpierw z uśmiechem na ustach niszczymy prostotę, bliskość i ciszę, a potem stajemy na zgliszczach i z wielkim zdziwieniem w oczach pytamy: „Kto to nam zrobił?”

Powiązane artykuły

O nas

Portal jest miejscem spotkania i dyskusji dla tych, którym nie wystarcza codzienna dawka smutnych newsów, jednakowych we wszystkich mediach. Chcemy pisać o naszym mieście, Bielsku-Białej, bo lubimy to miasto i jego mieszkańców. W naszej pracy pozostajemy niezależni od lokalnych władz i biznesu.

Cart