Śledziłem pielgrzymkę kolegi do Santiago de Compostela. Pieszo przez dwanaście dni wytrwale przemierzał portugalsko-hiszpańskie szlaki. Przedreptał ponad 300 km. Aplikacja wyliczyła mu 460 tysięcy kroków. W jednej z pątniczych relacji zwróciłem uwagę na jego cień. Niestrudzenie go poprzedzał i wyraźnie wraz z nim zmierzał do grobu św. Jakuba. Na finalnym zdjęciu potwierdzającym dotarcie do celu peregrynacji, nieodzowny kompan również się stawił, jego kontury rysowały się na dziedzińcu sanktuarium. Personifikacja cienia pociągnęła za ukryte sznurki.
Samotne maszerowanie w pięknych okolicznościach iberyjskiej przyrody z pewnością aranżuje sprzyjające warunki do mityngu z samym sobą. Jesteśmy w stanie dopuścić do głosu niedoświetloną część siebie – nasz cień. Obszar, z którym zazwyczaj jesteśmy w powierzchownym kontakcie. Podpatrywałem filmy, w których dzieci po raz pierwszym zauważały własny cień. Reagowały zdziwieniem, często się bały i próbowały uciekać przed niezrozumiałym zjawiskiem, inne maluchy wchodziły z nim w interakcje i potrafiły się nim wdzięcznie bawić.
Podczas życiowej pielgrzymki do naszego plecaka trafiają zarówno doświadczenia pozytywne, jak i te trudne mające na nas destrukcyjny wpływ. Te drugie przesuwamy na dno, przykrywając kolejnymi warstwami bieżących spraw i wydarzeń. Znikają z pola widzenia. Ciężar nadal pozostaje. Mało tego, to co zepchnięte potrafi nami subtelnie manipulować z tylnego siedzenia. Nie rozumiemy naszego zachowania, nie rozumiemy naszych emocji. Sfera cienia zaczyna się przebijać.
Wobec mrocznego gościa warto zachować zasady savoir-vivre, ponieważ cień, to nie koniecznie rzeczy złe, ale skryte. Odpowiednio przepracowany może się zejść z naszą świadomą częścią osobowości i rozpocząć grę w naszej drużynie (w skomplikowanych przypadkach warto skorzystać z pomocy specjalisty). Dzięki wewnętrznemu zintegrowaniu stajemy kompletni i bardziej harmonijni.
Gdy już amatorski Jung we mnie zamilkł. Z podświadomości dobyła się fraza o staropolskim brzmieniu: „W cieniu swych skrzydeł zachowa cię wiecznie, pod Jego pióry ulężesz biezpiecznie”. Rozpoznałem głos Jana Kochanowskiego w jego interpretacji psalmu 91 śpiewanego od pokoleń w kościołach. Tak, to by bardziej pasowało do pielgrzymkowej wędrówki niż wyrywki z psychologii głębi. Przypomniałem sobie, że również Leopold Staff i Czesław Miłosz posiadali potrzebę obcowania z Cieniem Wszechmocnego i podjęli się tłumaczenia psalmów. W przypadku Miłosza przekład był dokonany z języka hebrajskiego, a Staff przetłumaczył psałterz z łaciny. W obu translacjach natrafimy na psalm o tajemniczej bożej obecności przybierającej postać cienia, w którym możemy zażywać bezpieczeństwa oraz oferowane jest zaproszenie, aby w tym Cieniu zamieszkać.
Wracając na szlak św. Jakuba, to na miejscu w biurze pielgrzymkowym można się zaopatrzyć w oficjalny, imienny certyfikat potwierdzający przejście trasy. Należy udowodnić przewędrowanie 100 kilometrów, co powinno być odnotowane w paszporcie pielgrzyma przez stosowne pieczątki zbierane w miejscach noclegu i kościołach nawiedzanych na drodze przemarszu. Instytucją wystawiającą dokument jest Kapituła Najświętszej Apostolskiej i Metropolitalnej Katedry, kustosz pieczęci Ołtarza Błogosławionego Apostoła Świętego Jakuba i jest sporządzony po łacinie. Nie omieszkałem zapoznać się z treścią Composteli. Nie było nic o cieniach.




