W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie w ramach naszej strony internetowej korzystamy z plików cookies. Pliki cookies umożliwiają nam zapewnienie prawidłowego działania naszej strony internetowej oraz realizację podstawowych jej funkcji.

Te cookies są niezbędne do funkcjonowania naszej strony i nie może być wyłączony w naszych systemach. Możesz zmienić ustawienia tak, aby je zablokować, jednak strona nie będzie wtedy funkcjonowała prawidłowo
Te cookies pozwalają nam mierzyć ilość wizyt i zbierać informacje o źródłach ruchu, dzięki czemu możemy poprawić działanie naszej strony. Pomagają nam też dowiedzieć się, które strony są najbardziej popularne lub jak odwiedzający poruszają się po naszej witrynie. Jeśli zablokujesz ten rodzaj cookies nie będziemy mogli zbierać informacji o korzystaniu z witryny oraz nie będziemy w stanie monitorować jej wydajności.
Te cookies służą do tego, aby wiadomości reklamowe były bardziej trafne oraz dostosowane do Twoich preferencji. Zapobiegają też ponownemu pojawianiu się tych samych reklam. Reklamy te służą wyłącznie do informowania o prowadzonych działaniach. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej polityce prywatności.
BBlogosfera

Sto lat samotności

Sto lat samotności

Kilka dni temu pewien dżentelmen polecił mi, właściwie całemu światu polecił, choć akurat my się na moment na tytułem zatrzymaliśmy, ekranizację „Stu lat samotności” Marquéza w wydaniu serialowym. Nieformalnie, ale jakby na uszach czy oczach całego świata, umówiliśmy się na poniedziałkową recenzję. No więc muszę wyznać publicznie – rozczarowuję… Nie zdążyłam. Nie zdążyłam obejrzeć… Dżentelmen nawet taką opcję założył, że może się nie udać. Ja chciałam sprostać. Nie sprostałam. Macondo przepadło w otchłani nieobejrzanych odcinków, a ja zostałam z maleńkim wobec niego niesmakiem, kubkiem zimnej herbaty i nieskonsumowaną listą propozycji od platformy streamingowej. Zamiast jednak chłonąć sto lat samotności rodu Buendía na ekranie, postanowiłam zafundować sobie własną – powiedzmy – mikroskalę tego stanu. I to była najlepsza decyzja tego tygodnia. 

Żyjemy w czasach, w których samotność ma fatalną prasę. Traktujemy ją jak usterkę w systemie, towarzyską porażkę albo cichą tragedię. Faktycznie, bywa samotność dojmująca – ta, która gniecie w dołku, ciąży jak mokry płaszcz i sprawia, że cisza w mieszkaniu staje się wręcz nie do zniesienia. Ludzkie więzi są nam niezbędne do życia, zupełnie jak tlen; bez drugiego człowieka po prostu dziczejemy. Ale między wyniszczającą izolacją a świadomym byciem ze sobą jest ogromna, wspaniała przestrzeń, o której powoli zapominamy. 

Samotność – ta wybrana, nieprzymusowa – to wyjątkowo wartościowy luksus. To nie brak innych ludzi, ale wreszcie obecność samego siebie. Kiedy cichnie szum cudzych oczekiwań, powiadomień z telefonu i ciągłego dopasowywania się do brzmienia rozmówcy, świat nagle zmienia tonację. Pojawia się uważność. Okazuje się, że poranna kawa wypita w pełnym milczeniu smakuje konkretniej, światło tańczące na ścianie ma swój powolny rytm, a własne myśli – nieprzekrzykiwane przez nikogo – wreszcie mają miejsce, by rozwinąć skrzydła. 

Bo żeby w ogóle myśleć, trzeba mieć na to czas. Prawdziwe rozmyślanie nie zdarza się w biegu, między powiadomieniem z facebooka, a szybkim obiadem. Wymaga nudy, przestrzeni i bezruchu. A co najważniejsze – i powiedzmy to wprost, bez uciekania w modny, nowomowny i nieco mdły „dobrostan” (nie znoszę tego słowa) – trzeba po prostu siebie lubić. Tak staromodnie, bez dziwacznego nazywania, bez dorabiania nowoczesnych frazesów. Człowiek, który dobrze znosi własne towarzystwo, to zazwyczaj ktoś, kto ma o sobie całkiem niezłe mniemanie. I nie ma w tym ani grama pychy. Po prostu jeśli nie znosimy własnych myśli, będziemy zagłuszać je wszystkim: telewizorem, podcastem, przypadkowymi ludźmi czy kolejnym serialem. Żeby chcieć zamknąć za sobą drzwi i nie włączać tła, trzeba uważać siebie za całkiem znośnego partnera do rozmowy. Trzeba lubić ten swój wewnętrzny monolog, te małe dziwactwa i powolne, swobodne skojarzenia. 

Nie obejrzałam serialu, posiedziałam sobie na uboczu własnego życia i po prostu sobie byłam. I choć rzeczony dżentelmen pewnie pokręci głową z pobłażaniem, ja zyskałam coś bezcennego. Nie trzeba od razu stawiać wioski w środku dżungli ani skazywać się na literackie sto lat samotności. Wystarczy jedno popołudnie. Samotność wcale nie jest wroga – bywa po prostu dowodem na to, że w swoim własnym ciele i umyśle mieszkamy z kimś, kogo naprawdę da się polubić. 

P.S. Dziś rano miałam lekcję z pierwszą klasą. Na ten wrześniowy rozruch przygotowałam dla nich wiersz Tadeusza Różewicza „Odnaleźć samego siebie”. Patrzyłam na te ich młode, jeszcze nieco spłoszone twarze, gdy czytaliśmy o tym, jak łatwo zgubić się w tłumie i jak ważnym zadaniem jest odszukanie własnego „ja”. Pomyślałam wtedy z cichym uśmiechem, że uczę ich dokładnie tego samego, co uświadomiłam sobie przez weekend: zanim wyruszą w świat i wejdą w tysiące relacji z innymi ludźmi, muszą najpierw odważyć się na spotkanie ze sobą. Rozmawialiśmy o dobrej samotności, o dobrej ciszy, o dobrym czasie na rozeznawanie życia i ludzi wokoło…

 

Powiązane artykuły

O nas

Portal jest miejscem spotkania i dyskusji dla tych, którym nie wystarcza codzienna dawka smutnych newsów, jednakowych we wszystkich mediach. Chcemy pisać o naszym mieście, Bielsku-Białej, bo lubimy to miasto i jego mieszkańców. W naszej pracy pozostajemy niezależni od lokalnych władz i biznesu.

Cart