Jeszcze pokolenie temu sprawa była prosta: dorosłość zaczynała się od ślubu. Kto przed trzydziestką nie zdążył stanąć na ślubnym kobiercu, lądował w szufladzie z napisem „stara panna” lub „wieczny kawaler”. Dziś te etykiety pokrył kurz, a ich miejsce zajęło dumne, anglojęzyczne określenie: singiel. Czy nastała moda na bycie solo? Jeśli spojrzymy na kawiarniane stoliki dla jednej osoby, ofertę biur podróży czy rosnącą liczbę kawalerek, odpowiedź wydaje się oczywista. Ale pod tą modną powłoką kryje się coś znacznie głębszego niż tylko chęć posiadania całej pizzy dla siebie.
Nowa definicja sukcesu
Kiedyś miarą życiowego sukcesu była pełna chata i stabilizacja. Dzisiaj coraz częściej jest nią autonomia. Bycie singlem przestało być kojarzone z porażką matrymonialną, a stało się świadomym wyborem stylu życia. To czas na „budowanie siebie”: karierę, podróże, terapię czy naukę lepienia z gliny bez konieczności negocjowania koloru zasłon z drugą połówką. Zjawisko to napędza kilka czynników: niezależność ekonomiczna - zwłaszcza w przypadku kobiet, które nie potrzebują już małżeństwa jako gwarancji bezpieczeństwa finansowego; kultura „Instant” - aplikacje randkowe dają nam złudzenie nieskończonego wyboru, skoro za rogiem (lub kolejnym przesunięciem palca) może czekać ktoś „lepszy”, po co inwestować w trudny kompromis tutaj i teraz; późne dojrzewanie - chcemy jak najdłużej zachować status quo młodości, w którym jedyną odpowiedzialność ponosimy za własny stan konta i czystość w lodówce.
Pułapka „singlowania”
Trzeba jednak uważać, by nie pomylić mody z fasadą. Media często lukrują życie singla, przedstawiając je jako pasmo wieczornych wyjść z przyjaciółmi i poranków z jogą. Rzadziej mówi się o tym, że bycie solo to też konieczność samodzielnego wnoszenia pralki na trzecie piętro i cisza, która w niedzielne popołudnie bywa ogłuszająca. Część z nas „singluje” nie z wyboru, ale z lęku przed bliskością, który wygodnie jest nazwać „umiłowaniem wolności”. Łatwiej jest powiedzieć: „jestem singlem z wyboru”, niż przyznać „boję się, że ktoś mnie zrani lub ograniczy”. Czy to tylko trend? Moda z definicji przemija. Jednak trend wzrostowy liczby gospodarstw jednoosobowych sugeruje, że to nie sezonowy kaprys, ale zmiana społeczna. Singiel to nie jest już „brakująca połowa pomarańczy”, ale cała, soczysta pomarańcza, która po prostu nie czuje potrzeby łączenia się w parę z inną, by czuć się kompletną. Czy zatem nastała moda na bycie singlem? Tak, ale to dobra moda. Pozwala nam bowiem na luksus, którego nie miały poprzednie pokolenia: na bycie ze sobą dlatego, że tego chcemy, a nie dlatego, że tak wypada. Bo ostatecznie najważniejszą relacją, jaką przyjdzie nam budować przez całe życie, jest ta z samym sobą – niezależnie od tego, czy obok nas ktoś chrapie czy nie.
Samotność w wersji Deluxe
Jeszcze pokolenie temu słowo „stara panna” czy „kawaler” brzmiało jak wyrok wydany przez społeczne jury przy niedzielnym rosole. Kojarzyło się z zakurzonym mieszkaniem, nadmiarem kotów i litościwymi spojrzeniami ciotek na weselach. Dziś te archaizmy odeszły do lamusa, a na ich miejsce wskoczył lśniący, zachodni singiel. Singiel nie jest samotny – on jest „samowystarczalny”. Nie szuka „drugiej połówki”, bo przecież od dawna czuje się całością. Czy to jednak autentyczna ewolucja naszej psychiki, czy może najsprytniejszy produkt marketingowy XXI wieku? Wolność czy wygodnictwo? Moda na bycie singlem idealnie rymuje się z duchem naszych czasów: kultem indywidualizmu. Żyjemy w erze „customizacji”. Możemy spersonalizować buty, dietę i playlistę na Spotify, więc dlaczego mielibyśmy iść na kompromis w kwestii tego, na który bok łóżka ktoś odłożył skarpetki? Współczesny świat promuje Singla jako bohatera dynamicznego. To on ma czas na kursy lepienia w glinie o 21:00 i to on decyduje się na spontaniczny lot do Lizbony, bo akurat była promocja. Brzmi jak bajka? Owszem, ale w tej bajce brakuje czasem kogoś, kto poda herbatę przy grypie żołądkowej.
Singiel jako motor napędowy gospodarki
Nie oszukujmy się – rynek kocha singli. Singiel to idealny konsument. Nie oszczędza na edukację dzieci, za to chętnie wyda równowartość małego samochodu na hobby, gadżety i „self-care”. Restauracje oferują stoliki jednoosobowe, deweloperzy budują mikrokawalerki (nazywane dumnie „apartamentami inwestycyjnymi”), a aplikacje randkowe robią wszystko, byśmy... singlami pozostali jak najdłużej. W końcu szczęśliwa para to martwy użytkownik dla Tindera.
Pułapka „lepszej opcji”
Największym paradoksem mody na singielstwo jest to, że wielu z nas zostaje solo nie z braku chęci do bliskości, ale z nadmiaru opcji. Przeglądamy ludzi jak katalogi w sklepie internetowym. Zawsze wydaje się, że za następnym „swipem” czeka ktoś o 5% zabawniejszy, o 10 cm wyższy lub z ciekawszym profilem na Instagramie. W efekcie stajemy się kolekcjonerami pierwszych randek, unikając trudu budowania relacji, która przecież bywa nudna, wymagająca i – o zgrozo – mało fotogeniczna. Bycie singlem przestało być poczekalnią do „prawdziwego życia”. Stało się celem samym w sobie.
Czy to źle? Niekoniecznie. Dobrze, że presja społeczna zelżała i nikt nie musi brać ślubu tylko po to, by uciec z domu rodzinnego. Warto jednak zadać sobie pytanie: czy ta nasza modna niezależność to faktycznie wolność, czy może tylko bardzo luksusowa forma izolacji? Może i singiel ma całe łóżko dla siebie, ale czasem najwięcej miejsca zajmuje w nim... cisza.




