Żyjemy w kulcie produktywności, każda wolna minuta w kolejce czy na przystanku zapychana jest telefonem, prowadzimy samochód i załatwiamy najważniejsze sprawy świata, słuchawka w uchu pozwala nie wychodzić z podcastów, czas nie może się marnować. A ja sobie tak myślę, a niech się trochę pomarnuje, a niech go trochę uronimy.
Dużo, myślę, tracimy nie pozwalając sobie na nudę. Nie trzeba być bezustannie produktywnym, choć wmawiamy to sobie na każdym kroku, choć świat nam wmawia. A swoją drogą świat, czyli kto? To my jesteśmy tym światem, tym naszym jedynym, jednorazowym, ale nie wiecznym przecież światem. Ulegamy złudzeniom, że produktywność czyni nas ludźmi wartościowymi… nie… czyni nas tylko ludźmi produktywnymi, czyli wartościowymi dla odbiorców naszych produktów. Sami dla siebie najbardziej produktywni jesteśmy wtedy, gdy produkujemy siebie po swojemu. Czas na nudę!
Nie chodzi mi jednak o nudę, którą łatwo w życiu pomylić z lenistwem. Sama nie jestem leniwa, lubię być produktywna, lubię odpalić sobie tryb ognia, ale uwielbiam też nudzić się sama ze sobą. Lubię nic nie robić, gdy nie jestem produktywna. Lubię sobie obejrzeć po południu film, lubię się zanurzyć w odrębności jego świata. Odkładam wtedy moje produkty na… czasem właściwie nawet nie odkładam. Wczoraj usiadłam na kanapie po turecku, a prawym kolanem przygniotłam wypracowania moich uczniów i obejrzałam sobie „Ministrantów” Piotra Domalewskiego. Przygniecenie kolanem wypracowań ma w sobie coś bardzo symbolicznego, och, nie wypada tak pisać, ale trzeba w życiu przygniatać kolanem produkty produktywności i pobyć sobie wtedy z ministrantami. Świetny film! Pełen prowokacji w zwyczajnym przecież, nieprowokacyjnym tytule (przynajmniej tak mi się wydawało do wczoraj, bo znad produktywności nie zadałam sobie trudu przeczytania choćby jednego zdania na temat filmu, założyłam, że będzie jak zawsze – plebania, plebania i brud). Tymczasem, wciąż mając pod kolanem produkty, które już wiedziałam, że zaniedbam, pobyłam z ministrantami, którzy pokazali cudną, czystą, niemodną zupełnie duchowość, pokazali mi jak fajni mogą być młodzi ludzie, jak bardzo ideowi, a uważani za bezideowych. Poza wszystkim, ja nie mam wątpliwości, pracuję z młodymi ludźmi blisko trzydzieści lat i zdanie mam wyrobione i niepodważalne, nawet jeśli od trzydziestu lat wiele w nas się zmieniło, to w energii młodych ludzi nic a nic! Fajny film o przyjaźni, o lojalności, ale przede wszystkim o odwadze pójścia pod prąd, o odwadze ryzyka, o pięknym podpadaniu dorosłym. Cudne dwie godziny w plecy. Bezproduktywne? Bardzo produktywne, siebie produkuję i to wyłącznie dla samej siebie.
Jest coś takiego jak geometria poranka. Jest! Szybko, sprawnie, bez szczelin, którędy mógłby wyciekać czas. A ja lubię sobie zrobić szczelinę. Teraz, kiedy nareszcie poranki są widne i nie trzeba wstawać do pracy w środku nocy, można na przykład obejrzeć rano przy kawie zdjęcia z ostatniej podróży. Rano. Tak bez geometrii, bez poczucia, że ruszam za piętnaście sekund do wielkiej fabryki życia na wielką taśmę produkcyjną, produkującą wielkie jak świat produkty i ja cała jestem taka produktywna.
Lubię się ponudzić, bo umiem się fajnie nudzić. Lubię na przykład czekać i nic podczas czekania nie robić innego poza czekaniem. Czasem wiem, na co czekam, a czasem zupełnie nie, nie piszę scenariusza spotkania, nie układam zgrabnych zdań, nie układam siebie, nie trenuję emocji, po prostu czekam. Lubię posiedzieć sobie tu czy tam bezczynnie i sobie popatrzeć. Lubię wtorki. To najmniej chyba reprezentacyjne dni w tygodniu, takie zwykle o niczym. Czasem wtorek musi być produktywny, bo wiadomo, świat czeka na produkty, ale czasem wypełniam go nudą, którą uwielbiam. Uprawiam wtedy turystykę we własnym mieście. Szwędam się, ale tak, jakbym była w Sigishoarze! Urzekło mnie kiedyś to miasto i straciłam tam głowę i chyba nawet kawałek serca (mam pewien kłopot z gubieniem kawałków serca). Kiedyś tam po niego wrócę, bo mam poczucie zgubienia czegoś cennego, a wiem, gdzie ta błyskotka leży, wiem, gdzie jest ukryta. Jestem więc turystką w Bielsku! Bezproduktywną. Szwędam się i nadziwić się przy tym nie mogę, jak tu jest ciekawie, jakie mnóstwo miejsc do odkrycia! Nie takich ze szlaku, nie takich z promocyjnych filmów, ale takich ze szwędania!
Wiele budynków z połowy XIX wieku powstało we mnie dopiero co! Są takie domy, których, dałabym sobie głowę uciąć, jeszcze przed rokiem tu nie było! Są takie drzewa, stuletnie może, które musiały urosnąć zeszłej wiosny, bo skąd nagle by się tu takie znalazły?
Lubię sobie pobyć sama tu i tam. Lubię produkować, a potem pobyć sobie tu i tam. Mam taki zwyczaj, bezproduktywny, że co pół roku idę na koncert Michała Bajora. Idę lub jadę. Dokarmiam się wtedy pięknymi słowami i jeszcze piękniejszą muzyką. I tak od wielu lat. Kiedyś, na pierwszym roku studiów, w tzw. międzyczasie produktywności, spacerowałam po Katowicach z Bajorem w słuchawkach i mogłam tak przejść miasto wzdłuż i wszerz. Mogłam wtedy uruchomić nową taśmę produkcyjną, była koniunktura, nie uruchomiłam, ale za to weszłam w absolutne flow z Bajorem. Na trzydzieści kilka już lat. Bezproduktywne, a cudowne flow. W piątek idę do Cavatiny, mam randkę. Z Bajorem. A potem wrócę i coś może wyprodukuję dla świata. Idę sama, bo lubię być sama, a poza tym kto niby miałby ze mną pójść? Randka to randka!
Chwalę sobie fabryczne przestoje, mam dzisiaj przestój, chwalę sobie niemierzalne efekty mojego czasu, niemierzalne tak linijką, niemierzalne pieniędzmi, niemierzalne punktami i bonusami. Cudnie niemierzalne.




