Sportowcy to też ludzie. Mają swoje problemy, troski i uczucia – jak każdy z nas. Po zakończeniu sportowych karier albo odnajdują się w nowej rzeczywistości, odnoszą sukcesy, albo wpadają w większe bądź mniejsze kłopoty. Dziś o tych drugich...
Mike Tyson, bokserska legenda, w ringu zarobił miliony, ale nieumiejętność w zarządzaniu pieniędzmi, styl życia i rozwody sprawiły, że w 2003 roku ogłosił bankructwo. Miał wtedy 23 miliony długu. Koszykarz Allen Iverson, Diego Maradona czy Borris Becker też wspinali się na finansowe Himalaje, a potem spadali w przepaść, zaliczając twarde lądowania. Przykładów jest jeszcze więcej. We wszystkich jednak przypadkach przyczyny są podobne: złe inwestycje, hulaszczy tryb życia, różne uzależnienia albo kłopoty z prawem.
Nie wiem, czy zabrzmi to właściwie, ale jeśli po zakończeniu kariery sportowiec traci „tylko” kasę, to – owszem jest to przykre – ale chyba nie najgorsze.
Mówią, że sport to zdrowie. Katarzyna Skowrońska, była reprezentantka Polski w siatkówce, stwierdziła kiedyś: Powtarzamy z koleżankami, że sport to zdrowie, ale nie wyczynowy. Trzeba skończyć w takim momencie, żeby nie zostać inwalidą.
Muhammad Ali, legenda boksu, po latach walk na ringu cierpiał na chorobę Parkinsona. Paul Gascoigne, angielski piłkarz, przez lata walczył z alkoholizmem i problemami psychicznymi, co doprowadziło go do licznych hospitalizacji i trudności w codziennym funkcjonowaniu. Na naszym polskim podwórku dość szerokim echem odbiły się ostatnio dwa przypadki. Pierwszy to Agata Wróbel, sztangistka i medalistka olimpijska. Cukrzyca czy problemy ze wzrokiem to tylko część problemów z jakimi zmaga się była sportsmenka. I o ile inicjatywa zorganizowania pomocy dla niej i przekazanie informacji o jej sytuacji do ministerstwa jest ze wszech miar ważna, dobra i potrzebna (podobnie jak nagłośnienie tematu), to już to, co wyczyniają w ostatnich dniach największe ogólnopolskie media nie ma nic wspólnego z pomocą.
Zauważyłem, że pisanie o Agacie Wróbel stało się metodą na zarabianie. Bo temat ten się klika. Bo nie jest ważne, co się napisze, wystarczy wspomnieć jej nazwisko i już generują się liczby wyświetleń. Pewnie dlatego sportowe portale w ostatnich dniach regularnie publikują treści na jej temat. Owszem, medalistka olimpijska z Sydney potrzebuje pomocy, ma kłopoty zdrowotne i finansowe, ale ten medialny szum wokół jej osoby przerósł ją. Widać to po jej wpisach. Widać po kolejnych krokach. Ten medialny huragan, generujący liczne komentarze... to nie jest pomoc. Ta przecież czasem lubi ciszę...
Kilka dni temu inna była sportsmenka, Agnieszka Rylik, opisała swoją przypadłość. Po operacji ma problemy z poruszaniem się. Przeżyła też stratę bliskiej osoby.
Nie wiem co będzie dalej… Pewnie powiecie, że jestem twarda, fighterka i sobie poradzę, ale pamiętajcie też, że jestem zwykłym człowiekiem na którego spadło dużo jak na jedną osobę.
Nie było mi łatwo się otworzyć i to napisać , ale pomyślałam przy tych życzeniach spełnienia marzeń od Was, że to już czas podzielić się z Wami o czym tak naprawdę marzę... chciałabym jeszcze z córką pójść na spacer.. po prostu. Chciałabym wyzdrowieć i stanąć na nogi dla niej. Bo dzięki niej jeszcze się jakoś trzymam i walczę dalej – pisała.
Była mistrzyni boksu poprosiła o pomoc. Oczywiście, że pojawiły się głosy mówiące o tym, że przecież „dość zarobiła w ringu”, ale są one w zdecydowanej mniejszości. Byli kibice chcą i pomagają.
Kłopoty zdrowotne nie mają płci. Nie przypisuje się im dyscyplin. Nie zależą od statusu materialnego. Pojawiają się i czasami ich ciężar jest zbyt duży, by dźwigać go samodzielnie. Mogą spotkać każdego. Nieważne, czy jest się silnym sportowcem, inteligentnym naukowcem czy oddanym służbie strażakiem.