Kasprzyk czy Pietrzykowskiego. Ale w bielskim pięściarstwie był jeszcze jeden wojownik. Olimpijczyk, który na igrzyskach startował jako zawodnik klubu z Bielska-Białej. Dziś nieco zapomniany. Nazywał się Zenon Stefaniuk. Dwa razy zostawał mistrzem Europy. Słynął z nietuzinkowego prawego prostego. To on był jednym z tych, którzy wywindowali BBTS na krajowe salony.
Zaczynał jak wielu chłopaków. W powojennej Gdyni grał w piłkę jako prawy łącznik, miał zostać ligowym piłkarzem. Wszystko zmieniła rozmowa w bramie kamienicy na Świętojańskiej: - Może byśmy poszli na trening bokserski? – rzucił do niego kolega Myśląc o historii bielskiego boksu zazwyczaj do głowy przychodzą nazwiska Czesiek Wlazłak. Zenek się zgodził. Gdy zobaczył go trener Andrzejewski kręcił nosem, że jest zbyt lekki, ale… kazał się rozebrać i stanąć do gimnastyki. I kilka minut później zobaczył, że z tego chłopaka będzie coś więcej niż kolejny chudzielec w ringu. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Po tygodniu treningu, pierwszy oficjalny występ i wygrana przez poddanie. Zenek wygrał pierwszych dziesięć walk. Na ścianie w pokoju zaczęły się pojawiać dyplomy i puchary. Kulminacja kariery przyszła w 1953 roku w warszawskiej Hali Mirowskiej.
"Umilkły ostatnie tony Mazurka Dąbrowskiego, tłum kibiców zafalował… Zenon Stefaniuk wygrał finał z Stiepanowem, zdobywając piękny pas mistrza Europy" – relacjonowała "Trybuna Robotnicza".
W tym momencie życia Stefaniuka pojawiło się Bielsko-Biała. Był rok 1954. "Zmieniałem otoczenie, z Gdańska przeniosłem się do Bielska, bliżej gór, które były moim marzeniem. W BBTS znalazłem dobre warunki i serdecznego przyjaciela, Zbigniewa Pietrzykowskiego" – wspominał po latach.
BBTS Bielsko-Biała był trzecim i ostatnim klubem w jego zawodniczej karierze. W naszych okolicach budował formę między zgrupowaniami kadry, biegał po beskidzkich lasach i walczył w potyczkach ligowy. Ale nie tylko…
"Bardzo często odwiedzał nas Feliks Stamm" – opowiadał. Spotkania te cenił wyjątkowo mocno.
Bywały i takie momenty, że w małej bielskiej salce spotykały się trzy legendy: Stamm, Pietrzykowski i Stefaniuk. Jeden wymyślał ćwiczenia, drugi podbijał wagę średnią, a trzeci kogucią. To w BBTS-ie dojrzewał Stefaniuk-techniczny maniak. "Dawniej boks był sztuką, znacznie trudniejszy, techniczny. Młodzi ludzie więcej przykładali się do treningu, bo elementy techniczne trzeba powtarzać w nieskończoność, opanowywać do perfekcji" – relacjonował, już jako trener.
W 1956 roku, będąc zawodnikiem bielskiego klubu, wyjechał na igrzyska do Melbourne. Tam przegrał w kontrowersyjny sposób z Chilijczykiem, Claudio Barrientosem. Znawcy twierdzili, że niesłusznie.
"Jak bardzo mi zależało na medalu, nikt sobie z tego nie zdaje sprawy. Może dlatego po niepowodzeniu w Australii odebrali mi ochotę do dalszego uprawiania boksu" – mówił.
262 walki, 245 zwycięstw, tylko 14 porażek i 3 remisy – to jego ostateczny bilans. Po odwieszeniu rękawic na kołku postanowił szkolić młodszych. Był rok 1957.
I tu zaczyna się jego druga odsłona związku z Bielskiem-Białą. Nieco mniej udana. Zenon należał do pokolenia Feliksa Stamma, które nie tylko zdobywało medale, ale od razu szykowało się na trenerską ławkę. Bardzo chciał zostać pod Szyndzielnią. Liczył na pracę w BBTS-ie. Od 1957 roku pracował jako trener juniorów w Starcie Bielsko-Biała.
Czas mijał…
W końcu wyjechał z miasta i trenował w śląskich klubach. Po latach któryś z redaktorów zapytał go o to, dlaczego właściwie BBTS nie sięgnął po swojego byłego zawodnika, który okazał się niezłym trenerem. Zenek odpowiedział tak:
"Jednak nie doczekałem się tej propozycji, chociaż klub borykał się z trudnościami kadrowymi i nie miał trenera z prawdziwego zdarzenia. Czekałem dwa lata, lecz, gdy potem dostałem propozycję objęcia treningów w Turoszowie, gdzie powstała nowa sekcja bokserska przeniosłem się na drugi koniec Polski".
Dlaczego klub nie dal szansy Zenkowi, skoro ten naprawdę sporo dla niego wygrał i wiązał z miastem przyszłość? Nie wiadomo…




