W świecie algorytmów i mikro-trendy, „niemodność” staje się chyba nową formą wolności, tak myślę, tak czuję. Pogoń za trendami męczy, mnie męczy bardzo, więc nie biegam, w ogóle nie jestem trendy, nawet do końca nie wiem co jest, tak zwane, modne, bo nie bywam w ogóle w sklepach, a jak patrzę na damskie moje otroczenie, to nie wiem… chyba niemodność jest modna bo nie umiem rozczytać niczego dominującego, bo też jestem nieuważna i tyle. Noszę to, co lubię, nie wiem jakie są modne tej zimy kolory i nie wiem jakie fryzury są na modowym topie. Nie wiem i nawet gdybym wiedziała, jestem i tak po swojemu. Jest mi z tym dobrze, nie muszę się aktualizować ani modowo, ani w ogóle.
Wszystko ma dzisiaj, tak mi się wydaje, krótką datę ważności, więc nie sprawdzam. Coś, co dziś jest hitem, jutro staje się obciachem – to walka, której nie da się wygrać. Ultra-fast fashion? Zwariowałabym. Lubię nie patrzeć dookoła i się nie inspirować światem zewnętrznym. Fajnie jest być niemodnym na przykład w podróżach. Pamiętam reakcje znajomych, gdy parę lat temu wracałam z podróży do Rosji, do Petersburga. Ale … wakacje… w Petersburgu? Wszyscy jeżdżą do Egiptu, Turcji i Chorwacji, eeeee, dziwne, takie mało modne. W ogóle lubię spędzać niemodne wakacje od trzydziestu lat w tym samym miejscu, które w rankingu modnych miejscówek wakacyjnych jest na przedostatniej pozycji (i nie pytajcie, co jest na końcu, bo to jest mój prywatny osąd sytuacji).
Nie znam też się za bardzo na modnych słowach i nie używam ich, no bo nie wiem, że są modne. Kiedy karierę robiło niedawno – na to akurat zwróciłam uwagę - słowo „zacny”, najczęściej niewłaściwie używane, doprowadzało mnie do szewskiej pasji, bo tzw. jego frekwencyjność przypominała frekwencyjność modnych na ścianach kolorów skandynawskich i takich samych mebli i takich samych lamp. Jakież było moje zdumienie – polonistki! – gdy się okazało, że słowami roku 2025 – młodzieżowymi (ale z kim ja pracuję, jak nie z młodzieżą), były słowa „six seven”?! One nawet do mnie przez cały tamten miniony rok jakoś nie dotarły, nie doleciały (teraz już słyszę, pewna 4b nie daje mi nie słyszeć).
Jestem niemodna, lubię jak mi się rzeczy starzeją, jak mi się kanapy wysiadają, wycierają, jak mi się w kuchni zużywa kredens i jak ranty biurka mam wytarte od łokci, no bo mam łokcie to mi się wycierają i lubię mieć niemodną twarz. Taką swoją. I nie pamiętam, kiedy ostatnio kupiłam bombki na choinkę. Mam stare, sprzed trzydziestu lat, pewnie niemodne.
Lubię powolne życie, mam niemodną kuchnię, nie mam w niej żadnych fajnych, modnych sprzętów, poza sodastrimem to już nic. Niemodnie używam rąk i wszystko robię w kuchni wolniej, bo nie mam nic, co by mi przyspieszało pracę. Jestem trochę do tyłu, nie śledzę, nie nadążam, trochę jestem nudna i bardzo dobrze mi z tym.
Nie wiem która knajpa w mieście jest modna, bo mam swoją, którą lubię, bo kojarzy mi się z pogaduchami z koleżanką na tematy najważniejsze na świecie. Nie do końca wiem, gdzie jest tanio, gdzie jest drogo, jestem do tyłu z kosmetykami, nie wiem tego i owego, wiem, że lubię to i owo i…
I poglądy mam też niemodne, kapsistowskie, nie jestem ani nowocześnie tolerancyjna ani staromodnie konserwatywna. Lubię ludzi i lubię życie. Jestem niemodnie łagodna w ocenach i nie nienawidzę…
I przypomniała mi się teraz niemodna anginka, którą moja babcia zawsze miała na parapecie, pachnie do teraz w mojej zapasowej głowie do wspomnień. Niemodna anginka…




