W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie w ramach naszej strony internetowej korzystamy z plików cookies. Pliki cookies umożliwiają nam zapewnienie prawidłowego działania naszej strony internetowej oraz realizację podstawowych jej funkcji.

Te cookies są niezbędne do funkcjonowania naszej strony i nie może być wyłączony w naszych systemach. Możesz zmienić ustawienia tak, aby je zablokować, jednak strona nie będzie wtedy funkcjonowała prawidłowo
Te cookies pozwalają nam mierzyć ilość wizyt i zbierać informacje o źródłach ruchu, dzięki czemu możemy poprawić działanie naszej strony. Pomagają nam też dowiedzieć się, które strony są najbardziej popularne lub jak odwiedzający poruszają się po naszej witrynie. Jeśli zablokujesz ten rodzaj cookies nie będziemy mogli zbierać informacji o korzystaniu z witryny oraz nie będziemy w stanie monitorować jej wydajności.
Te cookies służą do tego, aby wiadomości reklamowe były bardziej trafne oraz dostosowane do Twoich preferencji. Zapobiegają też ponownemu pojawianiu się tych samych reklam. Reklamy te służą wyłącznie do informowania o prowadzonych działaniach. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej polityce prywatności.
BBlogosfera

Rzym! Rzym!

Rzym! Rzym!

Wycieczka do Rzymu stała się faktem i to faktem wielkiego formatu, bo Rzym ma wielki format i nastawiliśmy się stosownie, że wszystko tutaj musi być wielkie i zgodne z narodowym genotypem Włochów, po prostu przyjemne. Ucieczka z Bielska tym bardziej była ucieczką, że im bardziej u nas chwytał mróz, tym bardziej Włochy tonęły w słońcu, wszystko tonęło w słońcu, a najbardziej my, nie do końca kompatybilni z temperaturą na poziomie 17 stopni! Mandarynki i cytryny właśnie cudnie dojrzewają, mimozy (!) kwitną jak oszalałe,  begonie w doniczkach tu i tam na parapetach i, żeby dopełnić dzieła, wszystkie ogródki restauracyjne po brzegi wypełnione są turystami, śmiemy zakładać, że wszyscy oni zwiali z Bielska, żeby nie musieć odśnieżać swojego świata. 

W niedzielę koniecznie Anioł Pański, wahamy się, że może będą dzikie tłumy, że papież będzie kropeczką w kropeczkowym oknie, że zanim przejdziemy kontrolę na bramkach, to będzie po Aniele… No to szybka decyzja – idziemy! 

Na bramkach carabinieri w mundurach od Giorgio Armaniego. Zanim papież, najpierw chwila pogawędki po polsku! Jak to po polsku? Wmawiamy więc jednemu z nich, zanim zdążył wziąć powietrze, że Polak, że rodzice na pewno są Polakami, że babcia, że dziadek, że korzenie, choćby korzonki. Nabrał w siebie powietrza i z wdziękiem w sam raz pasującym do tego szykownego munduru, opowiada, że jest Włochem z mamy, taty, babci i dziadka, żadnych choćby korzonków, że fascynuje go Polska, polska historia i podoba mu się bardzo polski język, to się nauczył i już. 

Nasza przewodniczka, jakaś chyba wiedźma, co to wszytko absolutnie wie, musi mieć kontakty tu i tam, ale akurat Watykanu nie mam na myśli, bo wprowadza nas, a jesteśmy pokaźną bandą, sprawnie, szybko, kolejka jakby przyspieszyła, troszkę w prawo, troszkę w lewo, znowu w prawo i wchodzimy tuż pod papieskie okno, a że wszyscy mamy fun z występów w telewizji, to robimy wszystko, żeby wystąpić i przewodniczka  tajemną mocą wskazuje nam gdzie stanąć, żeby był fun. No oczywiście chodzi nam wyłącznie o wielkie duchowe emocje, nie wypada  przecież spoglądać to na papieża, to w kamerę, ale dokładnie tak robimy, to znaczy ja tak robię i trochę mi wstyd, ale jest za późno, to było w niedzielę, to się już stało. Papież, stoimy pod oknem, najbliżej jak się da, wcale nie był kropeczkowy. Wzruszamy się błogosławieństwem, jakaś łza spływa niepostrzeżenie po policzku, po policzkach, jakaś nadzwyczajność tego wspólnego tam bycia, jakaś  uroczystość chwili… 

Wchodzimy do bazyliki, najpierw prywatnie, po swojemu, potem  z przewodniczką. Da się chodzić, da się oddychać, da się pomodlić. U Jana Pawła II gęsto od pobożności, ja jej wierzę, staje tuż za ostatnią ławką, troszkę się jednak rozpraszam, bo najpierw chciałam troszkę z nim pobyć, ale kusiła mnie Pieta Michała Anioła, po sąsiedzku akurat, więc tak, żeby nikt nie zauważył, cofnęłam się do Piety. Kuloodporna szyba, rozczarowuje, ale takie czasy, Matki Boskie muszą być dzisiaj kuloodporne. Sprawdzam, czy wszystko się zgadza z moją książkową wiedzą, upewniam się, że pod prawą pachą Chrystusa, palce Jego Matki robią takie fałdy na skórze. Robią. Sprawdzam, czy prawa dłoń opada wystarczająco wiarygodnie, buzia Matki Boskiej, prześliczna jak należy. Test zgodności zaliczony. Zamiast się zapatrzeć i może pomedytować, ja, kontrolerka jakości, z nauczycielską powagą idę dalej. Pisał o tym Gombrowicz. 

No więc  taka pełna wstydu i zakłopotania, idę z umiarkowaną nabożnością dalej.  Mam dylemat – patrzeć i chłonąć, czy robić zdjęcia, bo mi się to nie zestraja. Nie chcę mieć byle jakich  zdjęć, to stroję ujęcia. Nie jest mi jakoś głupio, bo wszyscy wokół mnie też stroją. Pomyślałam, że w tak nabożnym miejscu strojenie ujęć też jest w jakimś sensie nabożne, ale jednak chowam telefon, postanawiam, że będę ponad to i że zabiorę ze sobą odczucia, ulotne wrażenia, zapachy, dźwięki, bo przecież tego żadną mocą nie da się sfotografować. Zerkam na stan baterii – nabożne ujęcia mają swoją cenę, niestety, a przed nami inne nabożne i mniej nabożne miejsce. Opieram się o mur i słucham chóru, bo trwa akurat Msza Święta. O! Tego właśnie nie da się sfotografować. 

Zatrzymuję się przed nagrobkiem papieża Aleksandra VII autorstwa Gian Lorenzo Berniniego. Spędzam tam więcej czasu niż u Jana Pawła II, bo i nagrobek, ba! nagrób, o niebo większy i trzy nieba bogatszy. Jest na co patrzeć! Kościotrup z klepsydrą, połowicznie ukryty pod marmurową wielką – nie wypada powiedzieć „szmatą”, płachtą, skrada show, tłum wokół gęstnieje. Ręka wyciągnięta znacząco w górę, zdaje się lekko trząść, lekko trząść piaskiem w klepsydrze i przypominać, że czasu jest mniej niż nam się wydaje.

Na zewnątrz palące już niemal słońce. Idziemy coś zjeść, nieopodal Bazyliki Świętego Piotra, żeby było też nabożnie. Tuż obok przy stoliku jakiś roześmiany biskup, w połowie po cywilu, a reszcie w amarantowych dodatkach pozdrawia nas serdecznie po włosku, bo zdaje się zauważył, że rzadko widujemy biskupów w normalnych restauracjach. Rozsiadamy się na dobre, będziemy afirmować życie. Porzuciliśmy szkolne sprawy i pokój nauczycielski przenieśliśmy do Rzymu, jeszcze troszkę o szkole, jeszcze troszkę o uczniach, jeszcze troszkę ploteczek i koniec – mamy wreszcie wielkie, rzymskie wakacje! 

Muzea watykańskie miażdżą swoim ogromem… Wysiadam na wysokości włoskich map. Próbuję wszystko zapamiętać, wszystko zrozumieć i jeszcze na dodatek estetycznie przeżyć, że nie wspomnę o zdjęciach, które robię i robię. Na wysokości map kombinuję czy by nie czmychnąć, nie posiedzieć na zewnątrz, nie popatrzeć sobie w rzymskie niebo. Nie, nie! Nie czmychnę, to tylko taka zdradziecka myśl mnie na moment dopadła, nie czmychnę, bo za godzinkę z górą zapamiętywania, rozumienia i estetycznego przeżywania będzie Kaplica Sykstyńska! Wiem o niej wszystko, znam każdy szczegół, wszystkie historie wte i wewte, wchodzę więc znowu jako kontroler jakości. No, w albumach wszystko ładniejsze… Niedoświetlona z wiadomych powodów kaplica, wypełniona po brzegi turystami i strażnikami z gracją poganiającymi tych turystów, żeby płynęli lekkim Tybrem, no… rozczarowuje troszkę. „Nie wolno robić zdjęć! Nie wolno robić zdjęć!” - krzyczą strażnicy i burzą resztki utkanej w trudzie mistyki tego miejsca. Przy grobie Michała Anioła, pytam go czy mu się kiedyś śniło, że będzie ruch jak w Rzymie przy tych jego freskowanych historiach? 

Idziemy na lody, wielkie jak Rzym – skoro taka piękna wiosna! Lody Franciszka, Lody Benedykta, lody Leona… fajnie, podoba mi się ten wyjęty i oparty o ścianę kij. Kolejne lody na Campo di Fiori, słońce wymusza na nas lody, a na mnie… najpiękniejsze na świecie mimozy. Kupuję sobie naręcze i dalej zwiedzam już Rzym z kwiatami. Na placu, pośrodku wina, karczochów i ubrań, poważny jak Dante, Giordano Bruno. Kiedyś tu na tym właśnie placu spalono Giordana Bruna… W rogu, na ścianie wiersz Miłosza po polsku. Zaczepia mnie sprzedawca ubrań i wypowiada do mnie po polsku wszystkie słowa, jakich się po polsku nauczył, te istniejące i te jeszcze nie. Poczułam wielkość. Chłopak pękał z dumy, gdy go pochwaliłam (ciągle odpalał mi się w tym Rzymie tryb nauczycielski), a ja pękałam z dumy, że inni pękają z dumy. Tymczasem,  miałam ze sobą mimozy i jak zawsze, na podorędziu, Mistrza i Małgorzatę. Zawsze ich mam blisko siebie, czy to Rzym, czy to Krym…

Rzym otwierał przed nami co rusz swoje podwoje, a jak otwierał tak tylko troszkę, to na oścież otwierała jego wrota nasza przewodniczka. I tak na Awentynie stanęliśmy przed schodami świętego Aleksego, bo tak je chyba trzeba nazwać. Nieco z boku, nieco poza mainstreamem, a swoją drogą, ile jest prawdy, a ile zmitologizowanych momentów w życiu Aleksego? Tego się już nie dowiemy, niech więc schody pieczętują co chcą, a legenda jest urocza. 

Kto chce wyczerpać temat, ten wyczerpie słuchaczy, nie wyczerpuję więc, wrócę do niego za tydzień, a tekst dedykuję dyrektorowi Damianowi Wydrze, który na zawsze już pozostanie świadkiem łatwości, z jaką przeszłam nie najłatwiejszy przecież test z rzymskimi ustami prawdy.

Powiązane artykuły

O nas

Portal jest miejscem spotkania i dyskusji dla tych, którym nie wystarcza codzienna dawka smutnych newsów, jednakowych we wszystkich mediach. Chcemy pisać o naszym mieście, Bielsku-Białej, bo lubimy to miasto i jego mieszkańców. W naszej pracy pozostajemy niezależni od lokalnych władz i biznesu.

Cart