Naszła mnie ostatnio taka ekologiczna refleksja, choć takie refleksje nachodzą mnie naprawdę rzadko i jest mi trochę wstyd i jest mi głupio, bo tak, swoją drogą, jestem nie dość ekologiczna. Segreguję śmieci, zwracam plastikowe butelki do tych nowych urządzeń, mam w domu energooszczędne żarówki, oszczędzam wodę i w ogóle prąd (ale to raczej z powodu rachunków), wszystkie urzędowe sprawy załatwiam online (ale to raczej z powodu wygody i oszczędności papieru i tonera, czyli swoich pieniędzy chyba bardziej niż planety), ale poza tym, kurczę to słabo… a przecież ekologia jest strasznie ważna i w ogóle…
I taka też naszła mnie refleksja w kontekście tegorocznych matur – tegorocznych, bo jakoś w minione lata nie zwróciłam na to uwagi, może dlatego, że teraz mam w domu maturzystę, więc na wszystko jakby zwracam większą uwagę, bo nerwowo jest, jak – nie wiem, czy wypada napisać – jasna cholera. I żeby było nieco mniej nerwowo, to rozmyślam o tej ekologii… na maturze…
Zdawałam tzw. egzamin dojrzałości w 1994 roku, więc dawno i wtedy było ekologicznie. Zielona tablica, dwie kredy (jedna na zapas) i tyle. Najładniej pisząca ze wszystkich w komisji polonistka, najładniej jak umiała, pisała na tablicy trzy tematy z polskiego. Tymczasem my pięknie je przepisywaliśmy na papier, tak zwany, kancelaryjny z pieczątką szkoły, co w zupełności upaństwawiało arkusz i nadawało mu należytej powagi. I tak samo na innych przedmiotach, zdawałam historię, więc wypatrywałam tematów, jak zaczarowana, bo coś sobie tam wymarzyłam, więc wypatrywałam, na tej tablicy. A swoją drogą miałam na maturze takie metafizyczne zupełnie przeżycie, na tej z historii, bo nadziwić się nie mogłam, gdy zobaczyłam temat – pierwszy bądź drugi – dziś już nie pamiętam – mój absolutnie wymodlony(!).
Otóż przed maturą czas jakiś, wszyscy pojechaliśmy na nocne czuwanie na Jasną Górę, nie tylko, żeby sobie tam jakichś Krzyżaków wymodlić, ile żeby się do Matki Boskiej tak zwyczajnie przed tą maturą przytulić. Po otuchę tam pojechaliśmy, bo ja w domu za bardzo na nią liczyć nie mogłam – miałam zdać świetnie bez otuchy i niech mnie ręka boska broni, jeśliby… Nie kończę, wiadomo, co, jeśliby. Pojechałam więc po otuchę, ale chciałam z Matką Boską porozmawiać o konkretach, więc taka przytulona wyszeptałam, że gdyby tak się dało, ale wiadomo, Matka Boska to nie boy (girl) hotelowy, ale gdyby to nie był problem, to ja jestem świetnie przygotowana z konfliktu polsko-krzyżackiego, obryta wręcz i może… Poza tym Zakon Krzyżacki Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie to brzmi nawet dość spójnie, więc…
Wypatruję tego tematu i Matko Boska, jest! Konflikt polsko-krzyżacki! Napisałam poemat! Wiedziałam wszystko! Dostanę piątkę! Piątkę! A nie 100% punktów! Przez trzydzieści blisko lat mojej pracy w szkole daję piątki (i też inne oceny), a nagle dajemy teraz punkty! Punkty procentowe! To jest przecież niedorzeczne!
Ale rozmyślania ekologiczne, o tym miało być. Moment temu składałam projekt unijny – to jest na temat, gdyby komuś przyszło do głowy, że nie. Dwie godziny udowadniałam we wniosku, że będę biurowo ekologiczna, że będę działać online, że maile zamiast wydruków, że papier z odzysku zamiast pełno gatunkowego, że materiały biurowe kupię od ekologicznych fair play producentów, że będę oszczędzać prąd i że nie będę marnotrawić zasobów i że zminimalizuję ślad węglowy w całym cyklu zdarzeń. Tak trzeba, trzeba to wszystko mieć na uwadze, bo to są unijne dyrektywy i szlus! Tymczasem matura z polskiego… Trzydzieści trzy strony kolorowego wydruku na nieekologicznym papierze. Tymczasem w całej Polsce 10 560 000 stron papieru z kolorowym wydrukiem – mówimy wyłącznie o maturze z polskiego na poziomie podstawowym! A to dodajmy jeszcze matematykę – 12 600 000 stron (bo matematyka jest królową nauk, więc wypada, żeby arkusz był dłuższy od tego z polaka. No więc jest tak sobie ekologicznie, a to przecież tylko kartki! Chciałam pisać o ekologii, ale ta matura…
Matura mnie rozprasza, rozprasza jako nauczycielkę i jako matkę. Jako nauczycielkę, bo tak sobie myślę, że trzeba dbać o dobrostan młodych ludzi, trzeba jak nic. Nie znoszę słowa dobrostan, jakby dobre samopoczucie było za mało dobre i za mało ważne i dopiero dobrostan jest dobry i ważny, kurczę… Ale do portu. Jeszcze tak ze cztery tygodnie temu, najważniejsze na świecie były regulacje dotyczące ilości sprawdzianów w ciągu jednego tygodnia – dla tych też obecnych maturzystów. Pilnowali tego uczniowie i pilnował mobidziennik. Spróbuj wpisać czwarty, do regulaminowych trzech, a czerwony jak krew komunikat obiegnie galaktykę, że oto usiłujesz naruszyć prawa ucznia, zdeptać je, opluć i sponiewierać! I dobrze, prawa ucznia to prawa ucznia, szanujemy się wzajemnie. Zatem w tygodniu mogą się odbyć trzy sprawdziany i tyle. Naprawdę funkcjonujemy w tym systemie bardzo dobrze.
I przychodzi 4 maja 2026. Rozpoczynają się matury i pięć dni z rzędu maturzysta udowadnia wszystko, czego się nauczył przez cztery czy pięć lat! Pięć dni najważniejszych egzaminów w jego dotychczasowej edukacji! Dzień po dniu! Można? Można! Wielu maturzystów tak miało. Gdyby je wpisać w mobi, ten by zagrzmiał. Kurczę, przecież to jest niedorzeczne. Tworzymy jakieś absurdalne regulacje i sami im zaprzeczamy – w świetle najświętszego prawa oświatowego. Amen.
Egzamin dojrzałości – tak brzmi poprawna nazwa tego cyklu egzaminacyjnego. I dobrze, bo to zmienia troszkę postać rzeczy. Dojrzałość, dojrzałe refleksje o naszej egzystencji, dojrzałe wnioski a propos pracy, która zmienia nas, zmienia nasze otoczenie, usprawnia funkcjonowanie, uszlachetnia, uczy wartościowania, bla, bla, bla (tegoroczne dojrzałe refleksje), dojrzałe jak diabli funkcje kwadratowe i zaawansowana, dojrzała planimetria, no i coś z historii – to mój wybrany niegdyś przedmiot – dojrzałe spojrzenie na powstanie Chmielnickiego (musiałam tak na nie spojrzeć na mojej ustnej z historii, bo kurczę nie dostałam wtedy piątki, tylko czwórkę, a do dzisiaj zachodzę w głowę, z czego się jednak nie obryłam). Wszystko bardzo dojrzałe, tylko nasze zachowania, nasze nauczycielskie, jakby nieco z przedszkola.
Dojrzałość, w moim odczuciu, to pozwalanie na bycie dojrzałym, tym maturzystom. A my, w świetle oświatowego, świętego prawa, pokazujemy im palcem gdzie mają nakleić kartkę z kodem kreskowym, potem sprawdzamy czy poprawnie nakleili, potem sprawdzamy czy poprawnie wpisali własne (!!!) pesele, potem, na wszelki wypadek, sprawdzamy sami siebie, czy na pewno te pesele sprawdziliśmy i są dobre, potem sprawdzamy czy maturzyści przenieśli odpowiedzi na kartę odpowiedzi, czy zrobili to zgodnie z wytycznymi, a tak w ogóle to sprawdzamy czy przypadkiem nie mamy akurat udaru i czy osoba, którą uczyliśmy przez cztery lata jest nią na pewno, bierzemy więc jej dowód osobisty i porównujemy dowód z człowiekiem. Zgadza się. Wpuszczamy. Potem jeszcze pytamy, czy na pewno wszyscy, którzy znaleźli się już w sali, są zdrowi! Czy są zdrowi! Egzamin dojrzałości… Wszystko jednak w świetle świętego prawa. Kurczę, tyle jest niedorzeczności wokół szkoły, administracyjnego cyrku, że aż wstyd…
Marzę o szkole mniej niedorzecznej…




