Człowiek to istota stworzona do spektakularnych paradoksów. Najpierw budujemy fabryki czekolady o wydajności średniej wielkości elektrowni atomowej, faszerujemy nią każdą drogę ewakuacyjną w markecie, a potem z kamienną twarzą tworzymy Narodową Strategię Redukcji Otyłości. I żeby była jasność – two – rzy - my, a nie prędko stworzyliśmy.
To trochę tak, jakbyśmy zapraszali sąsiada na niezapowiedzianą imprezę pirotechniczną w składzie fajerwerków, a pożar gasili za pomocą konewki z łzami wzruszenia. Uwielbiamy tę naszą narodową, ale chyba w ogóle europejską, a już w ogóle światową grę w ciuciubabkę z rzeczywistością. Najpierw z zachwytem godnym odkrywców Nowego Świata zasypujemy rynek przetworzoną tekturą o smaku bekonu, wprowadzamy do szkół automaty z gazowanymi eliksirami o barwie płynnego uranu, a po pierwszym dzwonku zanosimy się spazmatycznym płaczem, że młodzież nam jakoś dziwnie ciężko oddycha na lekcjach wuefu. Rząd w lewej kieszeni nosi grubą premię od koncernów produkujących chemiczne batony, a w prawej dzierży dumnie sztandar z napisem: „Jedzmy warzywa, bo ojczyzna wzywa”.
A propos smaku – to w ogóle osobna, ponura komedia. Dzisiaj wszystko jest przecież o smaku czegoś. Nie uczymy dzieci, jak naprawdę smakuje soczysta mandarynka dopiero co obrana ze skórki – dajemy im jaskrawo pomarańczową oranżadę o smaku mandarynki. Ona koło prawdziwej mandarynki nawet nie stała na półce w hurtowni! Jest syntetycznym ulepkiem wymyślonym w laboratorium pod - tu, wedle uznania, można sobie wpisać jakieś miasto. Bekon? Zapomnijcie. Dzisiejszy siedmiolatek w życiu nie widział na oczy prawdziwego plastra bekonu na patelni, ale z zamkniętymi oczami rozpozna zapach wędzonki, bo zna go z foliowej torebki z chipsami. Wszechświat zredukowaliśmy do aromatów identycznych z naturalnymi. Wanilia to biały proszek z torebki za trzy pięćdziesiąt, a truskawka to czerwony barwnik w jogurcie, w którym prawdziwy owoc jest czymś tak egzotycznym jak uczciwość w polityce. Wszystko jest udawane, syntetyczne i w sprayu.
Ale po co sięgać do prawdziwego jedzenia czy prawdziwego świata, skoro mamy pod ręką coś o wiele bardziej pociągającego? Oto wjeżdża ona – nowoczesność w wersji deweloperskiej. Kupujemy siedmiolatkowi smartfon lżejszy od piórka, ale ciężki od powiadomień, tablet z ekranem tak jasnym, że widać go z orbity okołoziemskiej oraz smartwatch, żeby szanowny trzylatek mógł w przerwie między klockami skontrolować fazy swojego snu i poziom stresu po porannej owsiance (świadomie pompuję temat). Pakujemy w te małe, bezbronne rączki całą cyfrową apokalipsę, zakładamy na uszy słuchawki z redukcją szumów rzeczywistości, a potem – i to jest ten moment, w którym nawet cynik roni łzę – stajemy w przedpokoju z głową w dłoniach i pytamy z głębokim, filozoficznym zdumieniem: „Dlaczego to dziecko z nami nie rozmawia? Przecież ono żyje w tym samym mieszkaniu!” No żyje. Tyle że fizycznie. Psychicznie rezyduje gdzieś w okolicach trzeciego serwera w chmurze, między TikTokiem a algorytmem generującym memy o kotach.
Wrzucamy w przestrzeń publiczną gadżeciarską lawinę, która mogłaby zasilić małą armię najemników, zapraszamy do domów sztuczną inteligencję, która lepiej zna preferencje kulinarne naszego syna niż jego własna matka, a potem urządzamy debaty narodowe pod hasłem: „Kto nam ukradł dzieciństwo?” Nikt nam nie ukradł. Sami je wynieśliśmy na śmietnik historii, starannie zapakowane w ekologiczny kartonik z logo nadgryzionego jabłka.
W tym naszym szalonym wyścigu szczurów, ale i szczurków, fundujemy ośmiolatkowi grafik godny prezesa korporacji energetycznej. W poniedziałek ma chiński mandaryn, we wtorek garncarstwo artystyczne, w środę robotykę kwantową, a w czwartek kurs przetrwania w dżungli miejskiej. A potem dziwimy się, że jedyna osoba, która wie, co drzemie w duszy naszego pierworodnego, to instruktor kickboxingu albo pani od terapii zajęciowej, bo to oni spędzają z nim te rzadkie czterdzieści pięć minut, kiedy nie musi biec na lekcję gry na harfie celtyckiej (świadomie pompuję).
No a w szkole miało być lepiej! Jakiś czas temu wpadliśmy w istny szał metod aktywizujących. Cały czas pobudzania, cały czas porywania do lotu, ciągłego skakania, tańczenia i prowokacji, żeby nam się człowiek na lekcji przypadkiem nie znużył. Zrobiliśmy z edukacji park rozrywki połączony z poligonem eksperymentalnym, skutecznie pozbawiając dzieci najważniejszej umiejętności w dziejach ludzkości: zdolności słuchania.
Dzisiaj opowiadamy sobie o modnym „storytellingu”, kompletnie zapominając, że najpierw zabiliśmy ten storytelling trzysekundowymi, dynamicznymi bodźcami z internetu, które robią z mózgu purée. Zabiliśmy ciszę, zabiliśmy wolną refleksję, zabiliśmy w nas samych jakikolwiek nawyk zadumy. Ma być głośno, ma być pstrokato, ma być do przodu i w trybie natychmiastowym. Życie stało się rozciągniętym na całą dobę, bezsensownym teledyskiem z dawno już nieistniejącej stacji MTV, gdzie reżyser dostał padaczki od własnych teledysków, a montażysta zapomniał, że istnieje coś takiego jak kropka po zdaniu.
Może więc pora na małą, albo jednak ogromną, cywilizacyjną stopklatkę. Opamiętajmy się, póki jeszcze w tym cyfrowym szumie słyszymy własne myśli. Bo najpierw z uśmiechem na ustach niszczymy prostotę, bliskość i ciszę, a potem stajemy na zgliszczach i z wielkim zdziwieniem w oczach pytamy: „Kto to nam zrobił?”




