Zdarzyło mi się składać komuś życzenia i nie chcąc powtarzać wyświechtanych uprzejmości, zaryzykowałem coś spontanicznego od serca, jubilat czy też solenizant (nie pamiętam) został uraczony słowami: życzę ci poczucia sensu. W oczach dostrzegłem konsternację. Z życzeniami może być podobnie jak z prezentami, często obdarowujący kupuje prezent pod siebie, a nie pod kątem upodobań obdarowywanego. Wyraźnie złożyłem życzenia samemu sobie.
Co jakiś czas dopada mnie uciążliwa przypadłość głębokiego poczucia sensu i nie odstępuje, dopóki o nią właściwie nie zadbam. Terminy ważności wcześniej stworzonych i uzasadnionych sensów upłynęły i należy podpisać nowe umowy. Stan przejściowy nie należy do przyjemnych. Pierwsze symptomy napięcia zaobserwowałem podczas prozaicznego zajęcia jakim są zakupy w centrum handlowym. Zatrzymałem się przed T-shirtem z hasłem „victory over chaos” dopełnionym ilustracją anioła przebijającego włócznią demona. Zinterpretowałem jednoznacznie: anioł to sens, a demon chaosu, to bezsens. Odstąpiłem od zakupu, tylko dlatego, że nie do końca odpowiadał mi kolor koszulki.
Następnie przywędrowała do mnie scena z animowanego filmu „Pingwiny z Madagaskaru”, w której wrażliwy Szeregowy wierzy w cudowną moc kolorowych koni - jednorożców. Młody był przekonany, że poprzez śledzenie dobranocek o słodkorożcach oraz powtarzanie ich lukrowanych powiedzonek, pokona złego doktora panoszącego w nowojorskim zoo. Poczciwy Szeregowy recytował maksymy tęczowych kucyków, a agresor sobie z tego nic nie robił. Sens nie może być naiwny. Nie wytrzyma konfrontacji z bezlitosną codziennością.
Z powyższym bajkowym rozważaniem koresponduje zachowanie naszego syna w pierwszy dzień pobytu w zerówce. Tuż przed wyjściem z domu zaopatrzył się w czarodziejską różdżkę z zabawkowego zestawu magika. Miała służyć do rozprawiania się z nieprzychylnymi okolicznościami w nowym, nieznanym otoczeniu. Kilka razy wypaliła poprzez werbalne odgłosy imitujące uwolnienie mocy. Niestety świat szkoły okazał się o wiele bardziej złożony. Zresztą polska edukacja jest w obłożona silnymi zaklęciami.
W oskarowym filmie „Grawitacja” naprawiający satelitę astronauci zostają porwani w bezkresną kosmiczną przestrzeń, usiłują się jej przeciwstawiać, niektórym pozostaje tylko bezwolne dryfowanie. Doskwiera nieznośny brak siły ciążenia. Następnie po wylądowaniu na ziemi, dotkliwie doświadczają skutków grawitacji, ale pomimo bólu jest dla nich zbawienna.
W ramach poszukiwania sensu zasłuchałem się w ewangeliczną relację o niewiernym Tomaszu, który żąda dowodu, że to wszystko ma sens. Osławione: „Jeżeli nie włożę palca mego w bok Jego, nie uwierzę”. Mózg odmawia współpracy bez czucia sensu, a łacińskie „sensus” dosłownie oznacza czucie. Mniemam, że go otrzymał, bowiem jak przekazuje tradycja, udał się do Indii, gdzie zginął śmiercią męczeńską przez obdarcie żywcem ze skóry. Od tego czasu w Indiach istnieją starożytne, orientalne kościoły przypisywane jego misji, o intrygujących nazwach: Syro-Malabarski lub Malankarski. Na południowo-zachodnim wybrzeżu Indii w stanie Kerala żyje ponad 10 milionów duchowych spadkobierców niegdyś zdezorientowanego apostoła.
Trzy lata temu miałem okazję spotkać w Polsce Hindusa, który był chrześcijaninem wywodzącym się właśnie z tradycji św. Tomasza, choć jego imię i nazwisko brzmiało romańsko (wpływy portugalskie), to rysy i cera mówiły o jego prawdziwych korzeniach. I powiem szczerze, że to co mówił, pracuje we mnie do dziś, pomimo upływu czasu dokładnie pamiętam, o czym rozprawiał. Opowiedział dramatyczną historię, która się dobrze zakończyła. Jakaś iskra z tej opowieści przeskoczyła na mnie, a ja nie pozwoliłem jej zgasnąć. Otrzymałem energię, która pozwoliła przetrwać niełatwy czas. Podejrzewam, że tą iskrą był sens.




