W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie w ramach naszej strony internetowej korzystamy z plików cookies. Pliki cookies umożliwiają nam zapewnienie prawidłowego działania naszej strony internetowej oraz realizację podstawowych jej funkcji.

Te cookies są niezbędne do funkcjonowania naszej strony i nie może być wyłączony w naszych systemach. Możesz zmienić ustawienia tak, aby je zablokować, jednak strona nie będzie wtedy funkcjonowała prawidłowo
Te cookies pozwalają nam mierzyć ilość wizyt i zbierać informacje o źródłach ruchu, dzięki czemu możemy poprawić działanie naszej strony. Pomagają nam też dowiedzieć się, które strony są najbardziej popularne lub jak odwiedzający poruszają się po naszej witrynie. Jeśli zablokujesz ten rodzaj cookies nie będziemy mogli zbierać informacji o korzystaniu z witryny oraz nie będziemy w stanie monitorować jej wydajności.
Te cookies służą do tego, aby wiadomości reklamowe były bardziej trafne oraz dostosowane do Twoich preferencji. Zapobiegają też ponownemu pojawianiu się tych samych reklam. Reklamy te służą wyłącznie do informowania o prowadzonych działaniach. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej polityce prywatności.
BBlogosfera

Paradoksy historii

Paradoksy historii

Starożytność poprzez Cycerona próbowała spersonifikować historię i przedstawić ją jako nauczycielkę. Późniejsze pokolenia zawiedzione brakiem wyciągania wniosków z historii, w zwątpieniu stwierdziły, że historia uczy, że niczego nas nie uczy.  Poza tym nierozstrzygniętym sporem, historia potrafi być pełna paradoksów i okazuję się nieprzewidywalna zarówno dla jednostek i całych narodów.

W sierpniu minęła kolejna rocznica strajków na Wybrzeżu. Punktem zapalnym tych wydarzeń było zwolnienie ze Stoczni Gdańskiej Anny Walentynowicz. Załoga stoczni ujęła się za zwolnioną pracownicą i rozpoczęła strajk. Od morza tchnęło wiatrem wolności. Walentynowicz stała się legendą „Solidarności” wielkiego dziesięciomilionowego ruchu niepodległościowego. Zginęła w 2010 r. na smoleńskim lotnisku.

Polska patriotka, bohaterka strajków sierpniowych Anna Walentynowicz była z pochodzenia Ukrainką. W oficjalnym życiorysie podawała, że urodziła się w polskiej rodzinie na Ukrainie, a jej rodzice i rodzeństwo zginęli podczas wojny. Od polskiej rodziny, u której wówczas służyła jako nastolatka otrzymała informację, że wieś spalili Niemcy, a z najbliższej rodziny nikt nie ocalał. Nie wiedziała, że została wprowadzona w błąd. Wraz z rodziną pracodawców dotarła z Wołynia do Polski. Opiekunowie przekonali ją, że w jej przypadku, lepiej będzie nie przyznawać się do narodowości ukraińskiej, ponieważ może jej tylko zaszkodzić. Potem się usamodzielniła i rozpoczęła dorosłe życie, czynnie włączając się w odbudowę zniszczonego kraju, nie ominęło ją zauroczenie komunizmem, aż do momentu, gdy zobaczyła jego prawdziwą twarz. Zaangażowała się w tworzenie Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża.

 W 1996 r. skontaktował się z nią ukraiński historyk i wypytał się o jej wojenne losy. Okazało się, że jej rodzina ocalała i żyje na Ukrainie. Udała się w tajemnicy do małej ukraińskiej miejscowości niedaleko Równego, gdzie spotkała się z siostrą i braćmi. Nie zdążyła zobaczyć się z ojcem, zmarł rok przed jej przyjazdem. Tata przez kilkadziesiąt lat nie ustawał w poszukiwaniach córki. Bywała tam wielokrotnie, prosząc odnalezioną rodzinę, aby nie rozgłaszali jej historii ani tego jaką pozycję posiada w Polsce.

Okazało się, że pochodzi z rodziny z silnymi ukraińskimi tradycjami. Matka Anny Walentynowicz pochodziła z rodziny, w której kultywowano tradycję pokrewieństwa z atamanem Nalewajką przywódcą powstania kozackiego skierowanego przeciwko Rzeczpospolitej. Przyrodni brat był partyzantem UPA, za co został zesłany do łagrów. Ojca wcielono do Armii Czerwonej. Gdyby się spotkali na polu walki, to ojciec i syn musieliby strzelać do siebie nawzajem. Ciekawym szczegółem jest konfesja rodziców, nie byli prawosławnymi ani greko-katolikami jak większość, lecz ewangelicznymi protestantami – sztundystami. Po kilkudziesięciu latach mogła się przytulić do rodzeństwa i odwiedzić groby rodziców. Nigdy o tym nie mówiła publicznie, zachowała to w tajemnicy. Po tragicznej śmierci ukraińskie media nagłośniły losy Ukrainki, która odmieniła historię Polski. Przetłumaczono na język ukraiński jej książkę, wydano ją w 10 rocznicę tragedii smoleńskiej.

Dlaczego wyciągam na powierzchnię to, co Anna Walentynowicz próbowała, tak usilnie ukryć? Ponieważ historia potrafi płatać figle, plątać losy oraz zaskakiwać. Po ataku Rosji na Ukrainę do domu, który dzielimy z sąsiadami trafiła ukraińska trzypokoleniowa rodzina z Kijowa. Uciekli z ostrzeliwanej stolicy, ponieważ rakieta uderzyła w budynki położone blisko ich bloku. Ukrywali się z dziećmi i dziadkami w piwnicach chroniąc się powietrznymi atakami. Nie zapomnę ich twarzy, gdy dowiedzieli się o mordach w Buczy. Bardzo im współczuliśmy. Po kilku miesiącach postanowili wrócić do domu. Zorganizowaliśmy wspólnie imprezę pożegnalną w naszym ogrodzie. Było smaczne jedzenie, kilka kieliszków wódki i wspólne śpiewy. Oni śpiewali „Czerwoną Kalinę”, a my „Dumkę na dwa serca”. Po czasie zorientowałem się, że pieśń „Czerwona Kalina” jest hymnem Legionu Ukraińskich Strzelców Siczowych, który walczył z Wojskiem Polskim w latach 1918-1919 r.

Kilka tygodni temu otrzymałem z Centralnego Archiwum Wojskowego arkusz ewidencyjny pradziadka Józefa Śliwińskiego. Jego zdjęcie w mundurze z przypasaną szablą stoi dumnie na komodzie. Okazało się, że jako żołnierz 12 pułku piechoty z Wadowic brał udział w walkach o Galicję Wschodnią z Ukraińską Armią Halicką (UAH), której trzon stanowili wspomniani Strzelcy Siczowi. Prześledziłem szlak bojowy wadowickiej jednostki. Piechurzy 12 pułku wielokrotnie ścierali się z UAH i to krwawo, szczególnie o utrzymanie linii kolejowej Przemyśl-Lwów oraz na przedpolach Lwowa, aż do wyparcia sił ukraińskich za rzekę Zbrucz, gdzie obsadzili rejon Zbaraża, tak tego samego Zbaraża, który Sienkiewicz uwiecznił w „Ogniem i Mieczem”. Ciekawe, co by pomyślał sierżant Śliwiński weteran wojny polsko-ukraińskiej, gdyby usłyszał dochodzącą z domostwa swego prawnuka „Czerwoną Kalinę”? Ot kolejny paradoks historii.

 

 

 

 

Powiązane artykuły

O nas

Portal jest miejscem spotkania i dyskusji dla tych, którym nie wystarcza codzienna dawka smutnych newsów, jednakowych we wszystkich mediach. Chcemy pisać o naszym mieście, Bielsku-Białej, bo lubimy to miasto i jego mieszkańców. W naszej pracy pozostajemy niezależni od lokalnych władz i biznesu.

Cart