Rafał Ryplewicz - absolwent IV LO im. KEN w Bielsku-Białej oraz AGH w Krakowie. Od 2024 roku radny Sejmiku Województwa Śląskiego z listy Koalicji Obywatelskiej, wcześniej radny Rady Miejskiej w Bielsku-Białej. Zawodowo Prezes Zarządu Beskidzkiego Hurtu Towarowego S.A. (Giełdy w Wapienicy). Nie rozmawiamy jednak o polityce ani pracy, a Jego sportowej pasji. To właśnie ona zaprowadziła Go na alpejskie trasy, jednych z najtrudniejszych wyścigów enduro na świecie.
Jak zaczęła się przygoda z rowerem?
Marian Antonik - Panie Rafale, jak to się stało, że rower stał się tak ważną częścią pańskiego dorosłego życia?
Rafał Ryplewicz - To przyszło właściwie samo. W czasach szkolnych jeździłem dużo na rowerze. Przemierzałem z bratem różne ścieżki na obrzeżach osiedla Karpackiego i nie tylko. Potem jednak przyszły studia, praca zawodowa, życie społeczne i rower na dłuższy czas poszedł w odstawkę.
MA - Czyli przez wiele lat w ogóle Pan nie jeździł. Kiedy nastąpił powrót?
RR - Mniej więcej w 2015 roku. Poczułem chęć, żeby znów wsiąść na rower. To był też czas, kiedy byłem sam i ta samotność bardzo mocno mi doskwierała. Rower stał się dla mnie czymś więcej niż tylko sposobem na spędzanie wolnego czasu. Dawał mi energię i poczucie, że robię coś, co ma sens.
MA - Można więc powiedzieć, że rower pomógł Panu wypełnić pewną pustkę?
RR - Dokładnie tak. Gdyby nie on pewnie gorzej bym sobie poradził w życiu.
Enduro zamiast klasycznej jazdy
MA - Dlaczego właśnie kolarstwo górskie i enduro?
RR - To mnie po prostu najbardziej wciągnęło, dawało radość i trochę adrenaliny. W tamtym czasie powstały świetne trasy Enduro-Trails na Koziej Górze i Szyndzielni, więc zacząłem tam regularnie jeździć i trenować.
MA - Jeździł Pan w klubie? Miał trenera?
RR - Nie, jestem samoukiem. Generalnie uczyłem się sam, na własnych błędach, podpatrując różne materiały i filmiki. Raz byłem na dwudniowym szkoleniu u jednego z uznanych zawodników. Tak zaczęła się moja przygoda z poważną jazdą, zawodami i treningami.
MA - Na początku nie miał Pan pewnie też profesjonalnego sprzętu?
RR - Zgadza się. Najpierw jeździłem na zwykłym rowerze, a dopiero później kupiłem porządny sprzęt do jazdy wyczynowej. Startowałem też w lokalnych zawodach, ale nie dawały mi one takiej satysfakcji, jakiej szukałem.
Pierwszy start w Megavalanche
MA - Jak więc doszło do tego, że zgłosił się Pan do jednego z najsłynniejszych wyścigów zjazdowych na świecie, czyli Megavalanche?
RR - Zobaczyłem ten wyścig w Internecie i od razu mnie bardzo zainteresował. Filmiki z lodowca zrobiły na mnie tak duże wrażenie, że w końcu powiedziałem sobie: „Muszę tam być!”. Rozpocząłem przygotowania i pojechałem.
MA - Pojechał Pan tam sam?
RR - Tak. Szukałem towarzyszy wyjazdu, ale nikogo nie udało się namówić, więc pojechałem sam. To był 2021 rok, trudny czas pandemii.
MA - Jak wygląda zgłoszenie do takiego wyścigu?
RR - Trzeba mieć francuską albo międzynarodową licencję oraz opłacić wpisowe. Jeśli się nie ma licencji to trzeba ją zdobyć na miejscu legitymując się odpowiednim zaświadczeniem lekarskim. Ja tak zrobiłem. Najtrudniej jest za pierwszym razem, kiedy nikt cię jeszcze nie zna i musisz udowodnić, że jesteś gotowy do udziału w takim wydarzeniu.
MA - Co Pan poczuł, stojąc na starcie w Alpach?
RR - Oczywiście pojawiły się wątpliwości. Kiedy stanąłem na górze i zobaczyłem śnieg, strome zjazdy oraz całą trasę, pomyślałem: „Co ja tu właściwie robię?”. Ale odwrotu już nie było. Trzeba było zjeżdżać.
Trasa i pierwsze doświadczenia
MA - Jak wygląda sam wyścig?
RR - Zaczyna się od rekonesansu oraz kwalifikacji. Finałowa trasa z lodowca ma około 25 kilometrów długości i prowadzi przez śnieg, lód, skały, kamienie oraz leśne odcinki. Rozpoczyna się na szczycie Pic Blanc na wysokości ok. 3330 m n.p.m., a kończy w malutkim miasteczku Allemond na wysokości ok. 700 m n.p.m. Na górze panują trudne warunki – niska temperatura, silny wiatr, mniejsza zawartość tlenu w powietrzu oraz niższe ciśnienie. To też dynamiczny wyścig, ponieważ duża liczba zawodników rusza na trasę w tym samym momencie. Walka odbywa się bark w bark, koło w koło.
MA - Jak poszło Panu podczas pierwszego startu?
RR - Nie było łatwo, ale z dzisiejszej perspektywy uważam, że to był świetny debiut. Zdarzyło się kilka błędów, nawet upadek, jednak ukończyłem wyścig, i to nie ostatni czy przedostatni. Nie nastawiałem się na wynik, tylko na bezpieczne dotarcie do mety. Obiecałem to wcześniej rodzinie. Zjeżdżałem ostrożnie, zachowawczo, mniej więcej na 75 procent swoich możliwości.
Kolejne starty i wsparcie bliskich
MA - Czy od 2021 roku startował Pan w tym wyścigu co roku?
RR - Tak, startowałem w nim regularnie, tak jak w siostrzanych zawodach Maxiavalanche. Zawsze samotnie, bez ekipy, bez sztabu i bez dodatkowego wsparcia. Byłem tylko ja, rower i bagaż. Dopiero w tym roku po raz pierwszy towarzyszyła mi narzeczona. To było dla mnie bardzo ważne, bo chciałem, żeby na własne oczy zobaczyła, jak wygląda ten wyścig.
MA - Czy Megavalanche rzeczywiście jest tak niebezpieczny, jak się często mówi?
RR - Oczywiście zdarzają się upadki, złamania i poważne kontuzje, ale nie ma tam śmiertelnych wypadków. Sam widziałem na trasie poważnie rannych zawodników, ale nie słyszałem, żeby ktoś doznał trwałego kalectwa. Trasa jest dobrze zabezpieczona, kolarze także. Na górze krąży śmigłowiec, na trasie są ratownicy. W razie czego pomoc nadchodzi szybko więc można się ścigać.
MA - To skąd Pana zdaniem bierze się opinia, że to taka szaleńcza rywalizacja?
RR - Myślę, że taki stereotyp bierze się z nikłej znajomości tej dyscypliny przez przeciętnego odbiorcę. Jeśli dołoży się do tego stromy zjazd po śniegu czy skoki rowerem to wydaje się mu ona zbyt ekstremalna, wręcz nienormalna. Ale skoki narciarskie czy kolarstwo szosowe też są niebezpieczne, ale nikogo nie szokują, bo są od dawna transmitowane na otwartych kanałach telewizyjnych. Społeczeństwo już się z takimi sportami oswoiło.
Inne wyzwania
MA - Wziął Pan udział także w innym, jeszcze trudniejszym wyścigu.
RR - Tak, chodzi o zawody Mountain of Hell. To bodaj najsłynniejszy, ekstremalny wyścig kolarstwa górskiego enduro, organizowany we francuskim Les 2 Alpes, gromadzący ponad 1000 uczestników i startujący na lodowcu na wysokości ok. 3400 m n.p.m. Jest trudniejszy i szybszy niż Megavalanche. Startowałem tam w 2023 roku, ukończyłem rywalizację, ale uznałem, że to dla mnie zbyt duże obciążenie. Dlatego więcej już tam nie wracałem.
MA - Czy po zawodach na miejscu podejmuje Pan jakieś inne aktywności?
RR - Tak, będąc w Alpach staram się chodzić po górach, jakich w kraju nie mamy. W ten sposób udało mi się zdobyć np. dwa czterotysięczniki w Szwajcarii czy najwyższy szczyt Niemiec. Super przygodą był również zjazd stromą tyrolką nad mamucią skocznią w słoweńskiej Planicy.
MA - Po tegorocznym starcie powiedział Pan, że to był ostatni raz w Megavalanche. Czy to oznacza koniec ścigania się na rowerze?
RR - Absolutnie nie. To tylko zamknięcie pewnego etapu. Tamta historia, tamte wyścigi — to już przeszłość. Mam jednak nowe pomysły i plany na kolejne starty, choć na razie nie chcę jeszcze o nich mówić.
Trening i sportowa codzienność
MA - Ile startów zalicza Pan w sezonie?
RR - W tym roku oprócz Megavalanche to sześć wyścigów z serii Boscha – jeden w Polsce i pięć za granicą.
MA - Jak często Pan trenuje?
RR - Wbrew pozorom niezbyt często. Tak naprawdę robię średnio jeden solidny trening w tygodniu, najczęściej na lokalnych trasach. Mam trochę obowiązków zawodowych i społecznych, więc nie mam tyle czasu, ile chciałbym. Na szczęście zdrowie i kondycja pozwalają mi na taki rytm.
MA - To przygotowanie motoryczne bierze się też z wcześniejszych lat?
RR - Zdecydowanie tak. Brałem regularnie udział w Biegu Fiata, biegałem półmaratony i maratony, grałem też w siatkówkę. Po prostu zawsze byłem aktywny fizycznie i dbałem o ruch.
MA - Stosuje Pan jakąś dietę? Niedawno w mediach społecznościowych przyznał się Pan, że przez 16 dni … nic Pan nie jadł tylko pił wodę?
RR - Nie mam żadnej specjalnej diety. Unikam jedynie cukru i pszenicy oraz nie piję alkoholu. Dieta wodna, o której Pan wspomniał, nie była związana ze sportem. Chciałem naturalnie oczyścić swój organizm z toksyn i to się rewelacyjnie udało. Przez cały ten czas nie tylko normalnie funkcjonowałem, ale zacząłem czuć się lepiej.
MA - Czy sport nie przeszkadza Panu w licznych obowiązkach?
RR - Nie choć nie wiem, jak oceniają to inni, ale mam nadzieję, że dobrze. Może dla niektórych to wydaje się trochę szalone, ale uważam, że ważne jest, by pozostać wiernym swoim pasjom i znajdować na nie czas. To część tego, kim jesteśmy.
MA - Panie Rafale, dziękuję za rozmowę i za podzielenie się historią swojej sportowej pasji. Życzę powodzenia w kolejnych wyzwaniach.
RR - Ja również dziękuję za rozmowę i życzenia.




