Wciąż jestem na nowo zdumiona. Świat, odkąd go znam osobiście i odkąd istnieje niezależnie ode mnie, pełen jest niespodzianek. Nadziwić się nie mogę, jak wielu rzeczy nie wiem, i to nie chodzi o to, że naukowcy wykazali m.in., że niewielka grupa astrocytów aktywuje się równolegle z neuronami podczas uczenia się, co sugeruje, że komórki te mogą tworzyć własne ślady pamięciowe. Odgrywają także ważną rolę w ciele migdałowatym – strukturze mózgu związanej z pamięcią strachu. I nie o to, że nowe badania zmieniły również rozumienie działania norepinefryny – neuroprzekaźnika odpowiedzialnego za czujność i koncentrację. Okazało się, że sygnał ten trafia najpierw do astrocytów, które dopiero później przekazują go neuronom. W ogóle nie o to mi chodzi, bo tutaj „zdumienie” to niestosowne słowo. Nie chodzi mi nawet o to, że do dzisiejszej porannej kawy światła dostarczyło mi słońce - gigantyczna eksplozja nuklearna oddalona o 150 milionów kilometrów. To już jakoś oswoiłam. Chodzi mi o to, że rzeczywistość wylała się na mnie i wylewa nadal, tu i teraz, na przestrzeni ostatnich dni. Kumulacja zdumień.
Wystarczą fakty proste i zarazem niedorzeczne, dla mnie rzecz jasna niedorzeczne, że umysł musi zrobić krótki restart. Na przykład: we Włoszech rośnie ryż. Kiedy myślę o Italii, to widzę sosny piniowe, cyprysy, toskańskie wzgórza, winnice, makaron i jeszcze parę rzeczy widzę. Pomidory widzę, jakich świat nie widział! A przecież Nizina Padańska to gigantyczne, ciche morze wody, z którego wyłaniają się soczyście zielone… źdźbła ryżu. Risotto arborio nie jest owocem baśniowego azjatyckiego monsunu, tylko mglistej podniemieckiej doliny, gdzie włoscy farmerzy w gumiakach zbierają ziarna dokładnie tak samo, jak na polach przy rzece Mekong. Rice Made in Italy. Całe życie w nieświadomości, trochę mi nawet wstyd, bo nie umiałam ukryć tego swojego zdumienia, kiedy przyglądałam się w połowie września tym wystającym z ziemi pokłosiom, które z niczym znanym mi się nie kojarzyły. Jestem naprawdę zdumiona!
Albo sprawa Christy Pike. Kto by o niej usłyszał, gdyby nie ta mrożąca krew w żyłach historia z nieudanej egzekucji? Ale nie ona wprawiła mnie w zdumienie. Pike, skazana na śmierć została w wieku dwudziestu lat, na wykonanie czekała lat trzydzieści… Trzydzieści lat! Całe swoje dorosłe życie czekała na wykonanie wyroku. Po drodze, po kalendarzu, upadały ustroje, ludzkość przekraczała nieprzekraczalne w technologii cyfrowej, medycynie, kosmosie, przesiedliśmy się z golfa jedynki do autonomicznych samochodów WAYMO. Wszyscy czekamy na dzień śmierci, ale jednak trochę inaczej, trochę na inną śmierć. Przerasta mnie zupełnie wyobrażenie sobie takiej czasoprzestrzennej klatki, która już ma być otwarta, ale jeszcze nie. Przeczytałam, tonąc w moim zdumieniu, że w Stanach Zjednoczonych to stosunkowo popularna prawnie procedura. Wciąż poszukiwanie nowych okoliczności, wciąż podgrzewanie nadziei, że kara śmierci zamieniona zostanie na dożywotnie więzienie, wciąż czekanie na jakiś przełom. Trzydzieści lat to nieraz tyle, ile pełne, wolne czyjeś życie. Nie mogę wyjść z osłupienia!
Albo Paryż, głęboko pod ziemią, pod tętniącym życiem miastem, spoczywają kości sześciu (choć nikt ich dokładnie nie policzył, czy przypadkiem nie siedmiu) milionów ludzi poukładane w misternie zaprojektowane ściany, po których piętro wyżej stąpają turyści z kubkami matcha latte?! A teraz to w ogóle biegają jeszcze licealiści i żądają i biegają nad tymi czaszkami i cała Europa im się przygląda?! To jest dopiero danse macabre! Największy cmentarz świata… Piętrowy na dodatek! Tyle rzeczy wprawia mnie w osłupienie, gdy tylko przez chwilkę się zamyślę nad niedorzecznością świata, albo swoim, subiektywnym bardzo wyobrażeniem tego świata. Kurczę…
Albo na przykład wysiadałam z samochodu, pełna rozbieganych po całym mieście myśli, po całej nawet Polsce i zapytałam Boga, czy jest szansa na jakiś czytelny znak z Jego strony. Musiałam sobie posprzątać głowę i fajnie, jakby mi w tym kapeczkę pomógł. Nie za często i o nie za dużo proszę, ale jakiś mały sygnał zrobiłby tamtego dnia robotę. Skądinąd umiem rozkodowywać Boże znaki, z grubsza, mniej więcej umiem. Zrobiłam pięć kroków i upadłam i złamałam sobie kość śródstopia. Zwykle, to znaczy nie wywalam się jakoś nadmiernie często, więc to „zwykle”, to tak naprawdę oznacza… z trzy razy w życiu, a żyję już blisko dwa razy dłużej niż Pike czekała na egzekucję – zwykle zanim poczuję jakikolwiek ból, błyskawicznie skanuję straty wizerunkowe. Tym razem zero takich strat, poza złamaniem kości. Nie mogłam wyjść ze zdumienia, że wstałam, otrzepałam kurz, pozbierałam wszystko, co wypadło mi z torby (och, dobrze, że nie było strat wizerunkowych, czyli bez świadków, bo wysypało się sporo o mnie prawdy) i poszłam dalej, że niby zwykła stłuczka. Postanowiłam to rozchodzić, rozdeptać, rozruszać, rozprowadzić po całej nodze. Och… Jakież były moje dwa zdumienia, że raz – jednak kość złamana, że dwa – prosiłam o jakiś czytelny znak, Boga prosiłam! Z rozkodowaniem idzie mi średnio, już kilka solidnych dni i nadal widzę ciemność!
Najpiękniejsze zaś w tym wszystkim jest to, że ze zdumienia się nie wyrasta. Ono po prostu czeka za najbliższym rogiem – gotowe zagiąć czasoprzestrzeń i zbić nas z pantałyku dokładnie wtedy, kiedy wydaje nam się, że widzieliśmy już wszystko.
P.S. Piszę dziś krótko, sama jestem zdumiona, że tak krótko.




