W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie w ramach naszej strony internetowej korzystamy z plików cookies. Pliki cookies umożliwiają nam zapewnienie prawidłowego działania naszej strony internetowej oraz realizację podstawowych jej funkcji.

Te cookies są niezbędne do funkcjonowania naszej strony i nie może być wyłączony w naszych systemach. Możesz zmienić ustawienia tak, aby je zablokować, jednak strona nie będzie wtedy funkcjonowała prawidłowo
Te cookies pozwalają nam mierzyć ilość wizyt i zbierać informacje o źródłach ruchu, dzięki czemu możemy poprawić działanie naszej strony. Pomagają nam też dowiedzieć się, które strony są najbardziej popularne lub jak odwiedzający poruszają się po naszej witrynie. Jeśli zablokujesz ten rodzaj cookies nie będziemy mogli zbierać informacji o korzystaniu z witryny oraz nie będziemy w stanie monitorować jej wydajności.
Te cookies służą do tego, aby wiadomości reklamowe były bardziej trafne oraz dostosowane do Twoich preferencji. Zapobiegają też ponownemu pojawianiu się tych samych reklam. Reklamy te służą wyłącznie do informowania o prowadzonych działaniach. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej polityce prywatności.
BBlogosfera

Dowody rzeczowe, czyli ja w wieku lat dziesięciu

Dowody rzeczowe, czyli ja w wieku lat dziesięciu

Są takie zdjęcia z dzieciństwa, które powinny być objęte klauzulą poufności. Nie dlatego, że przedstawiają coś kompromitującego w sensie ścisłym. Żadnych wybryków, żadnych skandali, żadnych śladów przestępczej działalności (choć, jak tak sobie myślę, to coś by się znalazło – wspomnę o tym może pod koniec, w post scriptum, że niby taka wrzutka od niechcenia). Ot, dziecko. Niewinne, uśmiechnięte, czasem uczesane, czasem ubrane stosownie do epoki. A jednak wystarczy jedno spojrzenie i człowiek ma ochotę zadzwonić do wszystkich świadków tamtych wydarzeń z prośbą o milczenie. Najlepiej wieczyste. Mam takie zdjęcia. I niestety, wszystkie przedstawiają mnie.

Na pierwszym mam dziesięć, mniej więcej, lat i żółte ogrodniczki. Całkiem stylowe, trzeba przyznać. Gdyby nie fakt, że były odrobinę za ciasne, mogłyby uchodzić za świadomy wybór modowy, a nie rezultat negocjacji z rzeczywistością, w których rzeczywistość miała zdecydowaną przewagę. Nie byłam szczególnie drobna. Powiedzmy, że od wczesnych lat prezentowałam figurę, która nie dawała się łatwo zastraszyć dziecięcą rozmiarówką. No chyba, że to były ogrodniczki mojej młodszej siostry, to też warto wziąć pod uwagę, a mi się podobały, to ubrałam (zaraz do niej zadzwonię i zapytam, może pamięta).

Ale nie to jest najważniejsze. Do ogrodniczek przypięłam sobie przypinkę (nie wiem jak to dobrze nazwać, taką plastikową) ze Stefanią Harper… Tak, ze Stefanią Harper. W tamtych czasach kochałam Dana Marshalla, kochałam bez pamięci, choć nie pamiętam już, czy była to miłość romantyczna, czy po prostu pierwsze objawy fascynacji światem, w którym ludzie mieli piękne włosy (do dzisiaj uwielbiam piękne włosy, bardziej u facetów, niż u kobiet), dramatyczne spojrzenia i problemy nieporównywalnie ciekawsze od konieczności odrabiania lekcji. Marzyłam wtedy o krokodylu, który odgryza mi pół twarzy… A potem Dan… W każdym razie przypinka przedstawiała Stefanię, nie Dana. Być może innych nie było, być może chciałam zamaskować wielkie uczucie i tak zmylić obserwatorów. I co znamienne, nie Tara Wells, tylko Stefania Harper…

Dziś patrzę na to zdjęcie i myślę, że dziesięcioletnia ja miała całkiem niezły instynkt do rzeczy nieoczywistych. Żółte ogrodniczki, przypinka z bohaterką australijskiego serialu i rozmiar, który sugerował, że życie nie zamierzało mnie rozpieszczać. Wszystko to razem składa się na portret dziewczynki, która być może nie wiedziała jeszcze, kim chce zostać, ale już doskonale wiedziała, co chce nosić. I kogo kochać. Nawet jeśli obiekt uczuć nie zgadzał się z wizerunkiem na przypince. 

Drugie zdjęcie jest z kolejki linowej na Czantorię w Ustroniu. Jestem tam z mamą, a obie siedzimy w gondoli, której zabezpieczenie — taka wygięta rura — pozostało zupełnie otwarte. Dziś człowiek patrzy na to z przerażeniem! Wtedy jednak najwyraźniej ktoś uznał, że bezpieczeństwo jest kwestią umowną, a grawitacja nie będzie się czepiać, jeśli wszyscy ładnie się uśmiechną. Radość mamy i moja pozostaje nieoceniona. Nie wiem, czy wynikała z pięknych widoków, z samej wycieczki, czy z faktu, że w tamtych czasach nie wszystko wymagało instrukcji, regulaminu i podpisu na oświadczeniu o ryzyku. Być może po prostu cieszyłyśmy się życiem, nie analizując jego potencjalnych konsekwencji. To umiejętność, którą z wiekiem tracimy, a szkoda (to znaczy ja nie tracę, ale świat).

Ja natomiast siedzę nieoparta, wychylona do aparatu, bo oto ktoś robi nam zdjęcia za pieniądze. I skoro już płacimy, to nie po to, żeby wyglądać jak dwie osoby przypadkowo przewożone na górę. Należy zapozować! Należy dać fotografowi materiał! Należy wykorzystać każdą sekundę, zanim gondola ruszy dalej, a okazja przepadnie.

Mam ze sobą teatralny krzyżak do animowania lalki — zwierzaka, jakiegoś stworzenia, którego tożsamość zapewne była dla mnie wówczas sprawą pierwszorzędną. W ręku trzymam więc narzędzie pracy artystki. Nie siedzę jak zwykłe dziecko na wycieczce. Ja występuję! Zwierzak przyjął pozę gotową do przekroczenia jakiejś gigantycznej przeszkody, prawą łaponogę ma pod brodą i rozwartą paszczę – taka animacja emocji, chyba, bo ta paszcza też była umocowana żyłką, więc ruchoma!

Patrzę na siebie i widzę, że w wieku wciąż tych - plus minus - dziesięciu lat miałam już wyraźną skłonność do nadawania codziennym wydarzeniom rangi przedstawienia. Inne dzieci jechały kolejką na Czantorię. Ja odbywałam występ gościnny w gondoli, z mamą w roli partnerki scenicznej i niezamkniętą barierką jako elementem scenografii i - z perspektywy dzisiejszej społecznej histerii niebezpieczeństwa – zapowiedzią jakiegoś górskiego dramatu (może być krokodyl, może być katastrofa na Czantorii, byle potem był Dan…).

Trudno powiedzieć, czy był to początek artystycznej osobowości, czy po prostu nieumiejętność siedzenia normalnie do zdjęcia. Z wiekiem człowiek dowiaduje się, że wiele cech, które uważał za wyjątkowe, może mieć znacznie bardziej przyziemne wyjaśnienie.

A potem jest zdjęcie szkolne. Jezusie Nazareński… Nie wiem, czy istnieje bardziej bezlitosna forma fotografii niż zdjęcie klasowe. Portret indywidualny daje jeszcze możliwość negocjacji z fotografem. Można poprosić o poprawienie grzywki, przymknąć jedno oko, spróbować wyglądać na zamyśloną osobę o bogatym życiu wewnętrznym albo można kokieteryjnie spojrzeć w jaką tajemnicza dal, w której jest… wiadomo, Dan Marshall. Zdjęcie klasowe nie daje niczego. Jesteś w nim częścią zbiorowości, a zarazem jedyną osobą, na którą patrzysz z niepokojem przez następne czterdzieści i ciut lat.

Stoję tam z wychowawczynią, dwiema koleżankami i dwoma kolegami. Wszyscy wyglądają całkiem przyzwoicie. Niektórzy wręcz dobrze. Jakby wiedzieli, że fotografia może zostać zachowana, oprawiona, przekazana kolejnym pokoleniom i w najmniej odpowiednim momencie wyciągnięta z szuflady.

A ja? Fartuszek stylonowy. Oczywiście. Nie byłam za drobna również na tym zdjęciu, więc fartuszek układa się na mnie według własnych, nieznanych praw fizyki. Do tego naszywka (już nie ruchoma przypinka, ale trwała NASZYWKA, naszyta grubymi, jak ja, nićmi) „Wzorowa uczennica”, noszona z dumą, jakby stanowiła oficjalne potwierdzenie, że oto mamy do czynienia z osobą, która nie tylko opanowała tabliczkę mnożenia, ale również nie zagraża społeczeństwu! Wzorowa uczennica. To brzmi dumnie. Szkoda, że nie było jeszcze etykiety „Wzorowa uczennica, której ktoś powinien pomóc z garderobą”.

Najgorsze są jednak okulary. Jest, przypomnę, rok 1984 (rok Orwella, więc w sumie…) Okropne, ciężkie, jakby odziedziczone po dziadku, który je zdobył podczas okupacji – dzisiaj nawet by się broniły, nastała moda na brzydkie okulary, ale ja miałam dziewięć lat!!!  Okulary, które nie tyle poprawiały wzrok, co się broni, ile zmieniały proporcje twarzy, przesuwały granice czaszki i sprawiały, że człowiek, ja, wyglądał, jakby właśnie usiłował odbierać sygnały z odległej galaktyki.

A do tego dwa warkocze. Miałam długie, gęste włosy, naprawdę piękne włosy, które zasługiwały na coś lepszego niż to, co im zafundowano (ta strona bierna, której unikam całe życie jak ognia, bo całe życie jak ognia unikam bierności, jest tutaj formą serdeczności wobec… mojej mamy). Każdy warkocz zaczynał się dokładnie nad uchem, jakby ktoś (!) uznał, że najlepszym sposobem na ujarzmienie bujnej czupryny jest strategiczne rozszerzenie głowy na boki. Efekt był znakomity, jeśli celem było upodobnienie dziecka (mnie) do małego satelity telekomunikacyjnego. W połączeniu z okularami moja twarz zyskała proporcje, których nie powstydziłby się żaden kosmita z niskobudżetowego filmu science fiction.

Najpierw zadzwonię do mojej młodszej siostry, a potem zaraz zapytam mamę dlaczego? Chciałabym przeprowadzić w tej sprawie prywatne śledztwo, zwłaszcza że włosy były moje, głowa była moja, a konsekwencje estetyczne ponoszę do dziś, przynajmniej za każdym razem, gdy patrzę na fotografię.

I jeszcze skarpetki. Za małe. Nie było wtedy stopek, przynajmniej w moim świecie. Były skarpetki, które miały być skarpetkami na całej powierzchni, ale najwyraźniej postanowiły wyprzedzić modę. Z przodu są jeszcze skarpetkami, z boku już stopkami. Taki tekstylny kompromis, który nie zadowala nikogo, ale za to pozostaje uwieczniony na zawsze.

Patrzę na to zdjęcie i zastanawiam się, jak to możliwe, że nikt nie zauważył całego tego zestawu. Fartuszek, okulary, dwa warkocze rozszerzające twarz, za małe skarpetki i metka wzorowej uczennicy. Czy naprawdę nikt nie pomyślał: może jednak coś poprawimy? Może rozpleciemy te warkocze? Może poszukamy okularów, które nie wyglądają jak wyposażenie laboratorium astronomicznego? Może kupimy skarpetki w rozmiarze, który nie wymaga negocjacji z palcami? (teraz pierwsza osoba liczby mnogiej jest formą serdeczności wobec mojej mamy).

A może wszyscy uznali, że jest dobrze. Wszyscy, czyli moja mama. Dziecko wygląda jak dziecko, a nie jak modelka z katalogu. I że w gruncie rzeczy nie o wygląd chodzi. To byłoby rozsądne. I niestety bardzo utrudnia mi dziś złożenie reklamacji (zadzwonię do siostry, ale nie będę rozmawiać o tym z mamą).

Na zdjęciu jest jeszcze wychowawczyni. Ma usta charakterystycznie przesunięte, skrzywione tak po gombrowiczowsku w lewo. Nieznacznie, ale wystarczająco, by powstało wrażenie dezaprobaty. Albo niechęci. Albo zwykłego złego humoru. Możliwe też, że właśnie patrzyła na mnie i zastanawiała się, czy można być wzorową uczennicą, a jednocześnie tak niefortunnie wystylizowanym człowiekiem.

Nie wiem. Nie chcę jej przypisywać myśli, których mogła w ogóle przecież nie mieć. Być może po prostu bolał ją ząb. Być może ktoś przed chwilą powiedział coś irytującego. Być może przez całe życie robiła zdjęcia klasowe i wiedziała już, że żaden uśmiech nie jest w stanie uratować sytuacji, gdy w grę wchodzi stylon i za małe skarpetki. Wiem natomiast, że na tle pozostałych osób wyglądam, jakbym przybyła z innej rzeczywistości. Koleżanki i koledzy są zwyczajni, spokojni, jakoś tak naturalnie osadzeni w epoce. Ja zaś jestem dowodem rzeczowym w sprawie przeciwko modzie dziecięcej lat osiemdziesiątych.

I właśnie to jest w tych zdjęciach najdziwniejsze. Nie to, że miałam za ciasny fartuszek i ogrodniczki, w kolejce gondolowej chyba jest w miarę dobrze. Nie to, że nosiłam okulary, które dziś mogłyby wrócić do mody jako ironiczny dodatek, albo po prostu dodatek, one wróciły! Nawet nie to, że ktoś uważał dwa warkocze wyrastające znad uszu za dobry pomysł.  Najdziwniejsze jest to, że wtedy nie wiedziałam o żadnym z tych problemów.

Byłam dziewczynką w żółtych ogrodniczkach, z przypinką ze Stefanią Harper, która kochała Dana Marshalla. Byłam dzieckiem w gondoli na Czantorię, gotowym wystąpić przed obiektywem za każdą cenę. Byłam wzorową uczennicą, która miała długie włosy, okulary i skarpetki, a przede wszystkim miała swoje sprawy, swoje marzenia i swoje małe dramaty.

Nie oglądałam siebie z zewnątrz. Nie analizowałam proporcji twarzy, nie zastanawiałam się, czy fartuszek dobrze leży, ani czy skarpetki spełniają kryteria rozmiarowe. Nie wiedziałam też, że kiedyś będę patrzeć na te fotografie i prowadzić szczegółowy audyt własnej dziecięcej prezencji. Po prostu byłam. Dopiero dorosłość przyniosła ten osobliwy luksus, że możemy oglądać siebie z przeszłości i oceniać z pozycji ludzi, którzy wiedzą już wszystko. Przynajmniej tak im się wydaje. Znamy modę, znamy proporcje, znamy fryzury, których należy unikać. Wiemy, że nie każda rzecz przypięta do ubrania jest deklaracją przed ołtarzem, a nie każde zdjęcie musi być okazją do zdefiniowania całej siebie.

Tylko że ta wiedza jest trochę nieuczciwa. Dziewięcioletnia ja nie miała szans z dorosłą mną. Nie wiedziała, że jej żółte ogrodniczki będą kiedyś analizowane z taką uwagą. Nie mogła przewidzieć, że warkocze staną się przedmiotem wieloletniego sporu estetycznego, a skarpetki dołączą do grona rzeczy, o których lepiej nie wspominać przy rodzinnym stole.

I może właśnie dlatego te zdjęcia są takie cenne. Nie dlatego, że pokazują mnie piękną, elegancką czy choćby poprawnie uczesaną. Pokazują mnie prawdziwą. Bez filtra, bez świadomości wizerunku, bez możliwości poprawienia czegokolwiek w programie graficznym. Pokazują dziewczynkę, która nie wiedziała jeszcze, że kiedyś będzie się z siebie śmiać. A przecież to całkiem niezły rodzaj szczęścia móc spojrzeć na siebie sprzed lat i zamiast wyłącznie żałować, że ktoś nie kupił większych skarpetek, poczuć do tej małej osoby coś w rodzaju uroczej czułości.

Oczywiście nie przesadzajmy. Czułość czułością, ale gdyby ktoś zaproponował mi publiczną wystawę tych fotografii, stanowczo odmówiłabym współpracy, szczególnie w przypadku zdjęcia szkolnego. W końcu wzorowa uczennica też ma swoje granice.

Obiecane post scriptum: zadzwoniłam do siostry i to jednak były moje ogrodniczki.

Obiecane drugie post scriptum: mam takie zdjęcie, na którym na palcu mam pierścionek… i wydaje mi się, że ja go… niezbyt uczciwie zdobyłam… wydaje mi się, że był w parafii mojej babci odpust, a odpust to wielka rzecz. I wydaje mi się, że… albo nic.  

 

Powiązane artykuły

O nas

Portal jest miejscem spotkania i dyskusji dla tych, którym nie wystarcza codzienna dawka smutnych newsów, jednakowych we wszystkich mediach. Chcemy pisać o naszym mieście, Bielsku-Białej, bo lubimy to miasto i jego mieszkańców. W naszej pracy pozostajemy niezależni od lokalnych władz i biznesu.

Cart