W prezydenckiej kampanii wyborczej jak zwykle wiele jest rzeczy dziwnych, oburzających czy żałosnych. Szum informacyjny narasta i nie warto byłoby Dostojnym Czytelnikom zawracać głowy dodatkowym komentarzem, gdyby nie fakt, że kampania nieoczekiwanie nabrała charakteru literackiego.
To nawet mogłoby być interesujące. Większość kandydatów – wybieram tych zauważalnych w sondażach – ma wykształcenie humanistyczne. Jest wśród nich zwyczajna profesorka (Joanna Senyszyn), cała chmara doktorów (Rafał Trzaskowski, Karol Nawrocki, Adrian Zandberg – nauk humanistycznych, Sławomir Mentzen – nauk ekonomicznych), są też niby prości magistrzy, ale z kilkoma fakultetami lub studiami podyplomowymi (Magdalena Biejat – socjologia, jest też tłumaczką z hiszpańskiego; Grzegorz Braun – polonistyka, studia na wydziale radia i telewizji). Nawet ci, którzy nie mają dyplomów, otarli się o wyższe uczelnie (Szymon Hołownia – nie ukończył socjologii, Krzysztof Stanowski – zaczął dziennikarstwo), a ponadto zajmują się lub zajmowali pisaniem. Szczególny przypadek stanowi tu biznesmen Marek Jakubiak, który co prawda jest z zawodu specjalistą naziemnym wojsk lotniczych – obsługiwał myśliwce MiG-21 – ale ukończył też studium policealne w zakresie pracy kulturalno-oświatowej. A ponadto chmielowy napój, którym się na co dzień zajmuje, ma niewątpliwie znaczenie kulturalne nie tylko w Czechach. „Dum bibo piwo, stat mihi kolano krzywo” – żartowali żacy krakowscy już w piętnastym wieku.
Wyobraźcie to sobie.
Kaowiec prezydencki – bo jemu, ze względu na kwalifikacje i zasoby piwniczki przyznałbym honor gospodarza – zaprasza kontrkandydatów na dyskusję literacką. Mogliby rozmawiać o idei „czułego narratora” Olgi Tokarczuk. Mogliby rozważać kwestię wyższości wiersza różewiczowskiego nad sylabotonicznym albo odwrotnie. Jednak ktoś mógł czegoś nie czytać, ktoś może nie mieć zdania. Byłoby więc najlepiej, gdyby przeczytali w podziale na role fragment jakiegoś utworu, a potem o nim dyskutowali – jak to się dzieje w Bielsku-Białej na spotkaniach Teatru Tekstu im. Teodora Sixta (polecam!). Kandydatom zaproponowałbym Parady Jana Potockiego napisane w 1792. To krótkie scenki w stylu dell’arte, w sam raz na – było nie było – spotkanie towarzyskie. Powinni zacząć oczywiście od parady Kasander literatem. Są w niej tylko cztery postaci, więc każdą rolę muszą czytać dwie-trzy osoby.
Wyglądałoby to mniej więcej tak:
KASANDER (Braun): Siadaj moja córko. Pragnę mieć z tobą osobny monolog w sprawie zięcia, którego postanowiłem zostać teściem. Nadstaw wobec tego pilnie słów, żeby wysłuchać uszów, które ci wygłoszę.
ZERZABELLA (Biejat): Drogi ojcze, przedmiot twej przemowy bardzo mnie ciekawi; jeżeli twój wybór jest zgodny z moim, poddam się twej woli bez odrazy.
KASANDER (Jakubiak): Tego się właśnie spodziewałem po mojej niesfornej córce. Wiesz dobrze, droga Zerzabello, że jesteś jedyną jedynaczką, jaka mi pozostała z przeszło dwudziestu bliźniąt, które wydała na świat pani Kasandrowa.
KASANDER (Mentzen): Zmarła niestety, biedaczka, a ja zostałem z tobą, sierotą bez ojca i matki. Od tej chwili postanowiłem oddać się całkowicie trosce o twoją edukację.
KASANDER (Braun): Byłem twym Julianem, a ty byłaś moją Romeą i z upodobaniem zdobiłem cię talentem wdzięku i cnót. Żeby lepiej sprostać temu zadaniu, postanowiłem sam zostać literatem.
KASANDER (Jakubiak): Kupiłem sobie posadę pedla przy Uniwersytecie i odtąd dom mój będzie stał otworem dla wszystkich pięknoduchów z rzeźni niewiniątek.
ZERZABELLA (Senyszyn): Ależ, drogi ojcze, przecież ty nie umiesz czytać ani pisać. Jakże możesz być literatem?
KASANDER (Jakubiak): Nie rozumiesz, o co chodzi, moja córko. Literatura to wcale nie to, co ci się zdaje. Żeby być literatem, wystarczy zaprosić w niedzielę na obiad takich, co umieją czytać i pisać.
KASANDER (Braun): A zatem, kochana Zerzabello, wysnułem projekt, który nas oboje musi okryć chwałą: ogłoszę konkurs – ten, który utworzy najpiękniejsze rozprawy na różne tematy, zostanie moim zięciem, a ty, droga Zerzabello, będziesz miała zaszczyt zostać nagrodą literacką.
ZERZABELLA (Biejat): Ależ ojcze! Co u licha mają znaczyć te bzdury? Jeżeli wyjdę za mąż, to po to, żeby być żoną, a nie żadną nagrodą literacką, i wszystkie twoje rozprawy nic mnie nie obchodzą, żebyś to wiedział!
KASANDER (Mentzen): Co to za dziwny ton, moja córko! Czyżbyś miała czelność rozporządzać twą zgodą, nie zapytawszy o moją rękę?
ZERZABELLA (Senyszyn): Tak! Jestem zakochana, a jeśli spróbujesz pogwałcić moje skłonności, rzucę się głową do klasztoru.
KASANDER (Braun): A czy można wiedzieć, jak się zwie ów szczęśliwy śmiertelnik, którego sobie wybrałaś?
ZERZABELLA (Biejat): Mój ukochany to nie żaden śmiertelnik, tylko pan Leander, kapral gwardii najemnych ochotników.
KASANDER (Mentzen): Co słyszę!? Córka literata miałaby zostać żoną kaprala? Ach, niewdzięcznico! Wykarmiłem cię na łonie żmii po to, żebyś miała stać się hańbą dla twego rodu…
Skracam trochę kwestię Kasandra i opuszczam scenę drugą, żeby przejść do trzeciej:
LEANDER (Zandberg): Ach, najdroższa kochanko!
ZERZABELLA (Senyszyn): Ach, drogi mój! Utracony na zawsze!
LEANDER (Hołownia): Co mówisz?
ZERZABELLA (Biejat): Niestety, to już zupełnie pewne. Dziś wieczór mam zostać nagrodą literacką.
LEANDER (Zandberg): Ale chyba ci to nie przeszkodzi zostać moją żoną?
ZERZABELLA (Senyszyn): Niestety. Bo doktor dzisiaj…
LEANDER (Hołownia): Co doktor dzisiaj?
ZERZABELLA (Biejat): Doktor ma mi zrobić dziś wieczorem…
LEANDER (Stanowski): Co ci doktor ma zrobić dziś wieczorem?
ZERZABELLA (Senyszyn): On mi ma zrobić… Nie mam odwagi dokończyć…
LEANDER (Hołownia): On ma ci zrobić?!!
ZERZABELLA (Biejat): Ma mi zrobić rozprawę…
To ryzykowny moment. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że Mentzen dorzuci od siebie „Co z tego? To będzie tylko nieprzyjemność” i spotkanie gwałtownie się zakończy. Gdyby jednak, jak lubi, trzymał się ustalonego tekstu, akcja mogłaby rozwijać się dalej.
LEANDER (Zandberg): Nie bój się Zerzabello. Będę przy tobie i zanim doktor zbliży się do rozprawy, przeszyję go szpadą. Ręka, noga, głowa, brzuch!!!
Tu nieuchronnie następuje scena finałowa, w której pojawia się nowa postać: Doktor. Niezbędne będzie przeczytanie didaskaliów – dajmy je Hołowni i Stanowskiemu, bo mają mało.
DIDASKALIA (Hołownia): Podczas gdy Leander przemierza pokój, miotając przekleństwa, Kasander nadchodzi z Doktorem, wpadają na siebie i przewracają się.
DIDASKALIA (Stanowski): Wstają z podłogi. Leander podnosi płaszcz Doktora i nakrywa się nim. Wszyscy wstają i kłaniają się sobie nisko.
KASANDER (Jakubiak): Mam nadzieję, że pan doktor nic sobie złego nie zrobił?
DOKTOR (Nawrocki): Wprost przeciwnie.
KASANDER (Braun): A pan nam sprawił zaszczyt, że pan zechciał również przewrócić się, ale, niestety, nie mam zaszczytu pana znać. To pewnie jeden z tych literatów, których przyciągnęły tu odgłosy ustanowionego przeze mnie konkursu.
ZERZABELLA (Biejat): Powiedz, że tak.
LEANDER (Zandberg): Tak, proszę pana, w samej rzeczy, jestem jednym z tych… jak pan to powiedział?
KASANDER (Mentzen): Literatą.
LEANDER (Stanowski): Właśnie, literatą, którą przyciągnął tu konkurs odgłosów, jakie się stąd rozchodziły.
DOKTOR (Trzaskowski): A, w takim razie jestem gotów przeprowadzić z panem dysputę na dowolny temat i w dowolnym języku, jaki pan zechce wybrać. Życzy pan sobie, żebyśmy mówili po hebrajsku, po chaldejsku, po syryjsku, po łacinie czy po grecku?
LEANDER (Zandberg): Możesz pan mówić po grecku.
DOKTOR (Trzaskowski): Bardzo chętnie. Oto mój temat:
Poikilotron atanat’ Afrodite
Pa i dios doloploke lissomai se.
LEANDER (Stanowski): Kto to ułożył tę grekę?
DOKTOR (Nawrocki): Kto ułożył tę grekę? Pan się o to pyta? A któż inny mógł to z robić jak nie Safo?! Kto inny, jak nie boska poetka Safo, śpiewał hymny do Afrodyty? Kto inny jak nie Safo…
Najpóźniej w tym momencie wczuwającemu się coraz bardziej w rolę kandydatowi Nawrockiemu piknąłby telefon. Po odczytaniu SMS-a ze sztabu wykrzyknąłby wtedy: „O nie! Zdrada! To przekład! Ta sztuka była napisana po francusku!” Wyskandowałby jeszcze „Dru-ga tu-ra bez Bon-żu-ra!” i mimo protestów kandydatki Biejat („Co z tego, że przekład!”) wybiegł w stronę najbliższej siłowni. Mentzen, rzuciwszy jeszcze kwestię Leandra, którą miał właśnie przeczytać („Ej, wypchaj się pan z pańską szafą”), pobiegłby do zaparkowanej przed budynkiem hulajnogi. Nad wszystkim unosiłby się charakterystyczny śmiech profesor Senyszyn, Stanowski poszukiwałby najbliższego kanału, a Braun, jak to Braun, nerwowo rozglądałby się za gaśnicą. Jakubiak patrzyłby na to ze spokojem, bo wyszkolony do działań kulturalno-oświatowych w warunkach bojowych, przewidziałby na pewno, że tym towarzystwie niebezpieczne przedmioty trzeba schować przed imprezą. Zapomniałby pewnie o otomanie w stylu empirowym, na której, nie zważając na zamieszanie, zapadłby w drzemkę Trzaskowski, mamrocząc przed zaśnięciem „To absolutnie niedopusz…”. Gospodarz, co nie byłoby łatwe, starałby się go dobudzić, mówiąc z pewnością: „E, kolego, wstawaj. To moje miejsce”. Równocześnie, z dostojną godnością, spokojnie opuszczałby spotkanie Hołownia, w skupieniu analizując swoje wystąpienie w roli didaskaliów („mam talent, mam talent”), co dla postronnego obserwatora z pewnością wyglądałoby na jakąś głęboką medytację.
Jak widać, debata literacka z prawdziwego zdarzenia nie jest w tej kampanii możliwa.
Jesteśmy więc skazani na wariant uproszczony, który się właśnie odbywa na poziomie korków z polskiego w ostatnich latach podstawówki.
Ujawniono, że kandydat Nawrocki napisał pod pseudonimem Batyr książkę o gangsterze. I jako Batyr chwalił publicznie Nawrockiego-historyka, a jako Nawrocki chwalił Batyra-pisarza.
Ci sami nieudani eksperci ze sztabu, którzy wymyślili, by przezwać go kandydatem „obywatelskim” (dzięki czemu znaczna część potencjalnych wyborców do dzisiaj myśli, że jest ci on z Platformy), ci sami, co wyszkolili go, by starannie wymawiał słowo „płcie”, wygłaszając zerżnięty od Trumpa slogan (co kandydat zrealizował w niezapomnianej formie „są dwie pucie”), ci sami – podpowiedzieli mu, żeby na usprawiedliwienie przywołał… Aleksandra Głowackiego, który pisał książki i felietony jako Bolesław Prus. Któryś z oczytanych posłów obywatelskiej platformy popierania Nawrockiego (pseudonim PiS-u) rzucił też przykład Josepha Conrada (czyli Józefa Konrada Korzeniowskiego), ale szybko wycofano się z pomysłu, bo Conrad pisał po angielsku, więc wyszłoby na to, że konkurent Bonżura bierze wzór z jakiegoś, jakby to… Heloła?
Litości! Zostawcie też Prusa w spokoju, Głowacki go nie chwalił. Sytuacja sama w sobie jest śmieszna. Pisarze i pisarki przyjmowali pseudonimy z różnych powodów, ale jeśli chodzi o oddzielenie funkcjonowania w sferze oficjalnej od aktywności pisarskiej, znajdzie się dużo lepszych przykładów. Karol Wojtyła pisał wiersze jako Andrzej Jawień. Jan Lesman, adwokat i ekspert od prawa autorskiego, literaturą parał się jako Jan Brzechwa. Gabriela Zapolska to literacki i teatralny pseudonim wywodzącej się ze sfer ziemiańskich Marii Gabrieli Piotrowskiej herbu Korwin, primo voto Śnieżko-Błockiej, secundo voto Janowskiej. I tak dalej. O ile mi wiadomo, również wśród tych osób żadna nie pozwalała sobie na reklamę swego literackiego wcielenia przez wcielenie „oficjalne” ani odwrotnie.
Przypominam sobie jeden przypadek jako tako podobny do sprawy Batyra. To Jan Paweł Gawlik, krytyk teatralny, publicysta i dyrektor teatrów (Starego w Krakowie w jego „złotej dekadzie”, ale też Teatru Telewizji, a po stanie wojennym, który poparł – warszawskiego Dramatycznego, a wreszcie „Słowaka” w Krakowie). Kierując Teatrem im. Słowackiego miał równocześnie felietony w „Gazecie Krakowskiej”, które podpisywał pseudonimem Obserwator. Zdarzało mu się obdarzyć w nich dobrym słowem instytucję przez siebie kierowaną, choć jednak powstrzymywał się od bezpośredniego chwalenia dyrektora. Żeby ten przypadek jeszcze bardziej skomplikować, dodam, że Gawlik przed wojną nazywał się Dozorcow…
Czy inni kandydaci mają dla nas jakieś równie ciekawe zagadki literackie? Na pewno dowiemy się wkrótce.
PS. Fragment Parad w przekładzie Józefa Modrzejewskiego. O Dozorcowie-Gawliku można przeczytać w książce Magdaleny Raszewskiej Jan Paweł Gawlik i dekada Starego Teatru (1970–1980).