Nie obraziłem się na mojego Boga, co najwyżej mamy ze sobą ostatnio dużo więcej do pogadania. To znaczy ja mam Mu wiele do powiedzenia, ON jak zwykle słucha. Więc siadam i piszę bo tak łatwiej…
Od najmłodszych lat, kiedy tylko w nasze myślenie włącza się abstrakcja a postrzeganie świata sięga głębiej niż widać na pierwszy rzut oka, zadajemy sobie pytanie jak żyć. Czasami to pytanie zadajemy sobie wprost, czasem pozostaje ono w głębokich pokładach naszej podświadomości, ale zawsze jest obecne. Wędrując przez życie idziemy od dawna utartymi szlakami, niekiedy jednak kluczymy, wkraczamy na nieznane ścieżki, błądzimy. Kiedy nam się zdaje, że już jesteśmy, znaleźliśmy to coś - to po jakimś czasie odkrywamy, że to była tylko fatamorgana. Szukamy mądrości życia nie po to by zabłysnąć jakąś naukową rozprawką, ale żeby samemu nie dać się połknąć przez świat – żeby się uratować. W tej wędrówce zawsze obok nas jest ktoś. Ktoś bliski. Tylko w jego przestrzeni prawdziwe odkrywamy siebie i uwalniamy nasze najskrytsze emocje. Zachłyśniecie dzisiejszym światem, techniką i wiarą w to, że możemy prawie wszystko, sprawia, iż żyjemy w tej Nibylandii, aż tu nagle znienacka coś nas wali obuchem po głowie …
Jeszcze wczoraj przekonani o tym, że panujemy nad naszym życiem -w jednym momencie, tracimy tą pewność, stabilizacje i nic już nie jest takie jak było. Wystraszeni i zapędzeni do kąta szukamy nadziei. Czuwanie przy kimś kogo kochamy i strach jaki nam towarzyszy w tych godzinach niepewności, zmienia wszystko. To co jeszcze kilka dni temu wydawało się solidnym fundamentem naszego życia, celem, pragnieniem – zostaje mocno zweryfikowane. Stoimy w kolejce do niewiadomej stacji przeznaczenia, zmuszeni do ćwiczenia cierpliwości, pokory – wytrwałości w czekaniu. To co przed momentem miało wydawałoby się dużą wartość, zupełnie przestało ją mieć. Bo tak naprawdę tą najprawdziwszą wartością nie są przedmioty a ludzie.
Nadzieja uczy czekać- pisze ksiądz Twardowski. Chwytam się tej myśli. Nadzieja uczy czekać - jest jak tlen, życiodajne źródło, z którego płynie woda życia. Nadzieja uczy czekać, jest jak lekarstwo na przewlekłą chorobę, motywacyjna mantra w czasie czuwania. Jest źródłem wiary i receptą na zwątpienie.
Zosia umęczona i poraniona przytula się mocno. Ten „przytulas ” jest dla mnie jak zastrzyk energii, lek na smutek i strach, kop w stronę życia. Ale i przypomnienie, że nie wolno nam się poddawać – dla siebie, naszych, bliskich, przyjaciół, świata. Świata, który choć niedoskonały to jednak wart naszego zachodu. Nie kłócę się z Bogiem, nie mam żalu, pretensji. Nie obraziłem się i nie zatrzasnąłem drzwi. Staję przed nim w ciszy poranka, topię się w mgle wciskającej się wszędzie i zasłaniającej wszystko dookoła. I gadamy. A właściwie mówię tylko ja. Proszę o szybki powrót do zdrowia dla Zochy, o to, żeby ON nad nią czuwał i żeby jak najszybciej ból zniknął. Dziękuje za to, że jest jak jest, bo wiem, jak mogło być… i na samą tą myśl moje serce znów wali jak młotem…
Wracam do domu, zaglądam do pokoju córki, upewniam się, że spokojnie śpi. Uff...
Biorę do ręki tomik Twardowskiego i powtarzam za nim:
„Dziękuje Ci po prostu za to, że jesteś
za to, że nie mieścisz się w naszej głowie, która jest za logiczna
za to, że nie sposób Cię ogarnąć sercem, które jest za nerwowe
za to ze jesteś tak bliski i daleki, że we wszystkim inny
za to, że jesteś już odnaleziony i nie odnaleziony jeszcze,
Że uciekamy od Ciebie do Ciebie
za to, że nie czynimy niczego dla Ciebie, ale wszystko dzięki Tobie
za to, że czego pojąc nie mogę – nie jest nigdy złudzeniem
Za to, że milczysz.
Tylko my- oczytani analfabeci chlapiemy językiem”
I dodaje od siebie
I za to, że jesteśmy
8 luty 2026 Bukowina Tatrzańska




