Księżyc w pełni, jak w Piśmie. Świeci nad górami. Gdzieś tam punkcik, Artemis leci na ciemną stronę. A tu Wielki Piątek, groby przystrojone. Bóg umarł.
Wielki Piątek dotyka jednego z najbardziej miażdżących ludzkich doświadczeń – totalnej utraty sensu. Rozpad wszystkiego.
Wracają do domu. Za czymś szli, w coś wierzyli, coś ich motywowało do działania, czemuś się oddawali bardziej lub mniej świadomie. I nie ma. Nic nie ma. Zapadło się. Koniec. Próbujesz coś robić, nie wiem, zjeść kolację, zaplanować kolejny dzień? Śmieszne. Jak? Po co? Położenie się spać, wejście w głęboki, nieprzytomny sen wydaje się jedyną rzeczą, która mogłaby dać ulgę. Ale ten sen nie przychodzi. Wszystko staje się udręką, której znoszenie nie ma sensu. Nic, żadna czynność nie wydaje się warta uwagi. Bo nic już się nie łączy ze sobą. Wszystko jest osobno. Nawet te myśli, ta plątanina myśli jest niczym więcej, jak męką, i to jałową całkiem, nie prowadzącą do niczego.
Nasz człowiek z Wisły, nasz Pilch pisał: każdego życie jakoś złamie, nie ma takiego, którego by nie przeczołgało, każdego w końcu dopadnie. Człowiek myśli, że się uchyli, że się wymknie, ale nie – każdy dostaje swoje.
I to jest taka beznadzieja, że każda próba pocieszenia brzmi niepoważnie, albo wręcz jak drwina.
Sens umarł. Wyszydzony. Wykpiony. Opluty. Aż strach się przyznać, że się za nim szło. I jeszcze do siebie wstręt, że się tak dałem oszukać, i że się teraz boję przyznać. Najgorzej. Żenada. Starać się unikać lustra, żeby nie spojrzeć sobie w oczy. Kto tego nie przeżył, niech się nie cieszy. Jego życie nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa.
Tylko cud może cię z tego wyciągnąć. Jakiś niewyobrażalny cud. Śmieszne. Niepoważne. Takie rzeczy się nie wydarzają. Ludzie opowiadają sobie takie rzeczy, żeby się pocieszyć. Żeby się nie pogrążyć do końca w rozpaczy. Dopowiadają sobie cudowne happy endy, nadprzyrodzone rozwiązania. Bo inaczej zalegliby bez reszty w jałowej apatii, z której nie podniósłby się nikt już nigdy.
Jeden z fragmentów literackich, który najbardziej mnie porusza, znajduje się w „Nędznikach” Wiktora Hugo. Kiedy siostra Symplicyta kłamie, płaczę. Siostra Symplicyta jest prawdomówna. Wszyscy wiedzą, że nigdy, w żadnej sytuacji, nie skłamała. To, że siostra Symplicyta na każde pytanie odpowie tak szczerze, jak potrafi, jest pewne, jak to, że po nocy jest dzień, a po dniu najedzie noc. Większej pewności na tym świecie nie dostąpimy. Dlatego, kiedy komisarz Javert pyta o ukrywającego się Jeana Valjeana, a siostra Symplicyta odpowiada mu, że nikogo tu nie ma, łza spływa mi po policzku. - Siostra jest tu sama? - dopytuje komisarz. - Tak – kłamie po raz drugi siostra Symplicyta. I Javert odchodzi. A Jean Valjean może uciec. Kłamstwo, które ocala człowieka, ocala tę sytuację, ocala świat nabudowany w tej powieści. Kłamstwo świętej w swojej uczciwości siostry, dzięki któremu świat się nie rozpada, nie spada na sam dół i nie rozbija się z głuchym trzaskiem.
Ale co potem? Potem wiemy, że nikomu nie można w stu procentach wierzyć. Przychodzi taki moment w świecie, kiedy żadne kłamstwo nikogo nie ocali, bo nikt już nie uwierzy nikomu. To jest dopiero dół. To jest ciemność nie do rozjaśnienia.
XIV-wieczny uczony, dominikanin, wykładowca uniwersytecki, który przeszedł do historii, jako mistrz Eckhart, mówił, że to doświadczenie totalnej pustki, całkowitego braku sensu wszystkiego, jest dla człowieka kluczowe. Jest jednym z najważniejszych doświadczeń, jakie nas spotyka. Dlaczego? Dlatego, że kiedy upadają wszystkie wyobrażenia, jakie mamy o świecie, o sobie samych w świecie, o tym, co w nim robimy i po co, o naszych mistrzach, autorytetach, o Bogu, wtedy robi się miejsce. Robi się duże, całkiem puste miejsce. I jesteśmy jak puste naczynie, z którego wyciekła woda. I do którego teraz można nalać wina. Jak zwał, tak zwał. Mistrz Eckhart wierzy mocno i niezbicie, że kiedy kończy się katastrofą stare, przychodzi pustka zupełna, która za chwilę napełni się nowym, prawdziwym. Czego i Państwu życzę.
Artur Pałyga




